Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 213 237 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


"1461 dni"

wtorek, 11 października 2011 22:49

 

   Wtedy zawalil sie moj swiat... i nie sadzilam, ze kiedykolwiek bede jeszcze zdolna cieszyc sie zyciem...wtedy chcialam tak bardzo do Ciebie!!! Prosilam Boga, by zeslal na mnie jaks smiertelna chorobe, bym mogla jak najszybciej dolonczyc do Ciebie, moj Skarbie.... Wtedy....

Dzis dziekuje Mu za to, ze mnie nie wysluchal, ale tez nie pozostawil samej sobie. On patrzyl czujnie na mnie tam z gory jak zmagam sie z bolem, tesknota i bezsilnoscia, by w razie potrzeby wyslac mi promyk nadziei... az z czasem wyslal mi ich az tyle, ze na moim ponurym niebie rozpromienialo slonce. To byly bardzo trudne 4 lata mojego zycia, dokonalam w nim wielu zmian... nie zawsze dobrych ;( choc dzis wiem, ze koniecznych... On pozwalal popelniac mi bledy, by potem przygladac mi sie jak staje znowu twardo na nogi... Chyba ulepil mnie z jakiejs twardej gliny ;) Dziekuje Ci za to! Dzis jestem szczesliwa i mam nadzieje, ze jutro i pojutrze tez bede :) bo choc stracilam Bartunia, to jednak nie stracilam nadziei, ze na moim niebie zaswieci jeszcze slonce. Jestem bardzo dumna z moich dziewczynek, ciesze sie dobrym zdrowiem, finansowo tez sie nam dobrze uklada... i odnalazlam w koncu brakujace ogniwo naszej rodziny :) I kto wymyslil to przyslowie ze "Nadzieja to matka glupich"??? Ja stawiam raczej na inne " Kto szuka ten znajduje"... Zycze Wam, jesli jeszcze ktos tu zaglada ;) abyscie pielegnowali swoje marzenia i nigdy nie porzucali nadziei.

Wlasnie wybila godzina "0".... Bartuniu moj Aniolku, wysylam Ci miliony swiatelek do samego Nieba i zeslij nam jeszcze pare cieplych promyczkow slonca... przyda sie w czasie nadchodzacej zimy.

xxx


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

"List do Nieba"

niedziela, 26 września 2010 15:46
Kochany Synku,

 Jak to jest, ze "czas" ma taka moc i potrafi zabliznic w sercu najgorsze rany? "Czas" to najlepszy doradca... mowia znowu inni... "Czas" - i my w nieustannej pogoni za nim...

Tempo zycia tutaj, a moze i wszedzie indziej :) zmusza mnie na koncentrowaniu sie na codziennych czynnosciach...
Praca na pierwszym miejscu - bo to od niej zalezy standard zycia mojego i Twoich siostrzyczek. Czasem, kiedy choroba przykuwa mnie do lozka tak jak bylo to ostatnio, nachodza mnie wspomienia i powracaja obrazy z Toba w roli glownej - moj ty Bahaterze.
Kiedy mijaly moje kolejne bezsenne godziny "czarnej" nocy myslalam - jak to mozliwe, ze Ty, taki maly chlopiec radziles sobie lepiej z bolem niz ja. O czym ja mowie..? co ja tu porownuje?
 Zmogla mnie sezonowa grypa a w wyniku komplikacji dostalam zapalenia uszu - bolalo jak cho.... ale mysl o Tobie dodawala mi otuchy. I wiesz Synku...dla nas wtedy tez najgorsze byly te noce, prawda? Nawat nie wiesz... alleee co ja mowie... wiesz bardzo dobrze, ile ukojenia w takich momentach moga dac Ci rece matki, kogos bliskiego... delikatne glaskanie, rytmiczne bujanie, usmiech na jej ustach -
mimo Twojego bolu, ktory ja rownie mocno rani
kiedy zapewnia Cie, ze juz bedzie dobrze, przestanie bolec. W takich momentach nawet dorosly czlowiek chcialby czuc sie jak male dziecko i czuc na sobie niosace ukojenie rece kochanej osoby, matki, meza, zony...
Wiesz Synku... mamusia troche sie zagubila :) to tak jakby moje zycie podzielone bylo na dwa...Przed i Po :(  Mysle sobie jak by bylo gdyby?
Mysle tez... bo nie wiem jak sobie mam to tlumaczyc, ze Ty troszke o mnie zapomniales...nawet w moich snach ostatnio nie pojawiasz sie wcale... A moze inaczej - ja po prostu przestalam juz snic o Tobie :( Wir codziennosci pochlania moj czas do maximum i tylko maly plomyk swieczki przy Twoim zdjeciu pozwala na sekundy zadumy.
Wiesz Kochanie... "czas" nieustannie zbliza sie do godziny "0" ktora bede przezywac po raz trzeci - 11 pazdziernika. Mysle sobie, ze gdybys mogl stanac na przeciwko mnie... pewnie bylbys rowny wzrostem ze mna :) pewnie Twoj glos mialby inna barwe, twarz nabieralaby meskiego profilu :) a ja przy Tobie czulabym sie troche staro ;)
Gdybys jednak mogl to uczynic...i powiedziec jak mam zyc... nie marze o niczym wiecej.
Widzisz Synku, moje zycie troche sie pokomplikowalo. Nie twierdze, ze bardzo mi z tym zle, ale... ale jak w innym razie wytlumaczyc mam tesknote za tym "normalnym, stabilnym zyciem". Ty wiesz o czym mysle Synku... Kiedy patrze na "pelne" rodziny, kiedy widze usmiechniete dzieci kurczowo trzymajace rece mamy i taty... i milosc w oczach tych obojga... cichutko zazdroszcze :) Ty wiesz dlaczego... Synku.
Ciezko jest byc mama i zarowno tata dla swoich dzieci. Ciezko jest, kiedy wiesz ze to tylko ty musisz odebrac je ze szkoly, ze jesli ty nic dla nich nie ugotujesz to one nie zjedza dzis cieplego posilku... a wiesz co? Angelika nauczyla sie robic placki - te Twoje ulubione :) poczatkowo pozwalalam jej tylko na robienie ciasta do nich i z moja pomoca piekla je na patelni, ale jednego razu kiedy wrocilam z pracy pozniej niz ona ze szkoly, na stole czekaly na mnie gorace placki :) Wiesz Synku... to byly najsmaczniejsze placki jakie jadlam w swoim zyciu :)
Kristel...podobno widziala Ciebie w czasie "dyzurow Taty" podobno nie tylko ona, Luc tez mial Cie widziec... Rysowala potem przed moimi oczami swoim malym paluszkiem w powietrzu zarys "bialej"chmurki i Twoja sylwetke w swetrku w paski. Podobno smiales sie do nich... Oczywiscie, ze jej wierze ! byla przy tym tak wiarygodna...
Smutno mi troszke, ze nie przeprowadziles sie z nami do naszego nowego mieszkania... nadal lepiej czujesz sie u Luca w jego "niebieskim domku".
Wiesz Kochanie... tyle moglabym jeszcze do Ciebie pisac... tutaj, na tym blogu... bo czuje, ze tutaj mam Ciebie najwiecej... Tutaj razem zapisywalismy "Nasze" emocje, etapy kolejnych terapi, tutaj wylewalam swoje zale i dzielilam sie chwilami szczescia z naszymi "Blogowymi Przyjaciolmi". Bo kazdy kto Nas odwiedzil i zechcial podzielic sie dobrym, zyczliwym slowem zyskiwal takie miano. Wiem, ze sa tacy co nadal tu zagladaja, byc moze czekaja na kolejne wpisy, zdjecia...
Byc moze...
Chyba bede zagladac tu do Ciebie Synku czesciej :)

Caluje mocno Mama :)

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (16) | dodaj komentarz

"U mnie wszystko jak dawniej..."

czwartek, 15 kwietnia 2010 18:23


Moje słowa dziś sa tu zbędne, posłuchajcie tylko .
..
 



 

Weso
łe Nutki "List do Boga"

"Drogi Boże piszę chociaż kilka słów, innym razem napiszę więcej.
Na początku życzę Ci wszystkiego dobrego i pozdrawiam Cię najgoręcej.
Tak się jakoś złożyło że nie miałam okazji podziękować za list coś mi przysłał.
Miałam wiele pracy, miałam wiele nauki, także piszę dopiero dzisiaj.


Ref. U mnie wszystko jak dawniej tylko jeden samobójca więcej, tylko jedna znów rodzina rozbita, tylko życie pędzi coraz prędzej.
Gdzieś obok rozbił się samolot, trochę dalej trzęsła się ziemia.

Kiedy patrzę na to wszystko tak jak dziś...

 Tak w ogóle to przepraszam Cię bardzo za to, że tak długo milczałam, lecz dopiero dzisiaj zaczynam rozumieć biblię, którą mi przysłałeś.
Wczoraj odszedł ode mnie przyjaciel, z którym tak wiele mnie łączyło.
 I dopiero dzisiaj zaczynam doceniać czym jest życie i prawdziwa miłość.


Ref. U mnie wszystko jak dawniej tylko jeden samobójca więcej, tylko jedna znów rodzina rozbita, tylko życie pędzi coraz prędzej.
Gdzieś obok rozbił się samolot, trochę dalej trzęsła się ziemia.

Kiedy patrzę na to wszystko tak jak dziś...
U mnie wszystko jak dawniej, tylko świat jest mniej kolorowy, tylko życie pędzi coraz prędzej, tylko ludzie szybciej tracą głowy.
Gdzieś obok rozbił się samolot, trochę dalej trzęsła się ziemia.

Kiedy patrzę na to wszystko tak jak dziś...

Ref. U mnie wszystko jak dawniej tylko jeden samobójca więcej, tylko jedna znów rodzina rozbita, tylko życie pędzi coraz prędzej.
Gdzieś obok rozbił się samolot, trochę dalej trzęsła się ziemia.

Kiedy patrzę na to wszystko tak jak dziś..."

Podziel się
oceń
1
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Wesołych Świąt

poniedziałek, 21 grudnia 2009 21:41

Kochani,
Tradycyjnie jak co roku
sypią się życzenia wokół,
większość życzy świąt obfitych
i prezentów znakomitych.
A ja życzę, moi mili,
byście święta te spędzili
tak jak każdy sobie marzy...
Może cicho bez hałasu,
idąc na spacer do lasu,
może w gronie swoich bliskich
jedząc karpia z jednej miski,
może będąc w ciepłym kraju
czując się jak Adam w raju,
może lepiąc gdzieś bałwana,
jeśli śniegu Wam napada?

 

Cudownych Świąt Bożego Narodzenia
Rodzinnego ciepła i wielkiej radości,
Pod żywą choinką zaś dużo prezentów,
A w Waszych pięknych duszach wiele sentymentów.

Świąt dających radość i odpoczynek
oraz nadzieję i uśmiech na Nowy Rok 2010,
żeby był jeszcze lepszy niż ten, co właśnie mija.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

"Do trzech razy sztuka?"

niedziela, 18 października 2009 16:48

Witajcie znowu!!!

Dzis bedzie zupelnie krotko, bo wpadlam tylko by zlozyc objetnice i tylko nie wiem czy sobie czy tez Wam kochani moi wierni odwiedzajacy... zagladacze...ciekawscy? Jak zwal tak zwal, w kazdym razie statystyki chyba nie klamia, co zacheca mnie tez do umieszczania tu nowych wpisow. Wiecie... wchodzac na te strony dostaje...chyba blogiego uczucia? chyba... bo nie potrafie go tak do konca nazwac. Wspomnienia uderzaja jak grom z jasnego nieba, ale nie tylko te smutne, bo co prawda na lamach tego bloga zaczelismy z Bartusiem drugi etap walki z rakiem ale tez przy owej okazji pozwolilam Wam wejsc w swoje zycie. Pozwolilam sobie opisywac rozne sytuacje jakie towarzyszyly mi i mojej rodzinie w owym czasie i wczesniejsz rowniez i jesli sledziliscie na bierzaco nie opuszalo mnie poczucie humoru ale takze ogromnego optymizmu.
Chcialabym kontynuowac pisanie tego bloga, ale zyby byc szczera sama ze soba a tym samy z Wami, musialabym przytoczyc tu pare istotnych sytuacji, ktore totalnie odmienily moje obecne zycie.
To bardzo osobiste wyznania i byc moze lepiej byloby pozostac na neutralnym gruncie? Ale jak to zrobic, by nie zatracic prawdziwego i emocjonalnego stylu mojego pisania? Mijalo by sie z sensem...
Chce tu pozostac a nie zmieniac adresu bloga, szukac nowych inspiracji pod innym tytulem... To jest samo zycie! A ja zaczynam je po raz trzeci! Doswiadczenia nie pozwalaja mi tkwic w miejscu i czekac na.... na co? Chce je wykorzystac, wzielam juz odpowiednio duzo lekcji :) Teraz czas na SZCZESCIE. Jestem w trakcie rozwodu, po raz drugi :) To nieprawdopodobne, jak mozna sobie skomplikowac zycie ;) Czyzby to bylo mi pisane? czy ponosze za to ja jedyna odpowiedzialnosc? Czy to sie nazywa, miec "zezowate szczescie"? Moja coreczka z pretensjami w oczach wyznaje mi; "ja chce miec w koncu mame i tate"... i ja sie temu nie dziwie, i ja to rozumie i w duchu przepraszam ja za to, ze do tej pory w nikim oprocz mnie nie mogla na dluzej ulokowac swojego ogromnego pokladu milosci. Dzis "bombarduje" mnie swoja miloscia, potrzeba przytulania, slowami "Kocham cie mamo"...

Ciag dalszy nastapi....
Pozdrawiam wszystkich bardzo optymistycznie, dlatego zaczynam pisac na "zielono" ;) 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (12) | dodaj komentarz

"Milosc buduje, niezgoda dzieli"

piątek, 29 maja 2009 22:00

 

Witam wszystkich bardzo milo,

alez mnie tu dawno nie bylo...

i tyle sie w miedzy czasie zdarzylo :)

Dlugo by opowiadac... ale zapewniam, ze dlugo dzis nie bedzie...

Jest mi przykro, ze w rocznice 13 urodzin Bartunia nie znalazlam czasu aby oddac tutaj kolejny wpis "ku Jego pamieci" a przeciez moj bloog powstal za przyczyna mojego Synka i przez wiele miesiecy On wlasnie gral tu role glowna.
"Brak czasu" to pojecie wzgledne, choc w moim wypadku ostatnie dni tygodni byly naprawde przykrotkie. Tak jak roku poprzedniego i w tym rwniez borykalam sie z powaznym zamowieniem, szyjac alby komunijne dla dzieci z polskiej parafii. Zdecydowanie w tym roku bylo znacznie trudniej, bo biorac pod uwage moja prace i wieczorowy kurs niderlandzkiego czasu jaki moglam na to poswiecic bylo bardzo malo. Zabralam sie za to dosc pozno i jakby z mniejsza organizacja jak w zeszlym roku, czego efektem bylo duzo stresu i nieprzespanych nocy. W koncu bilans zamknal sie na 41 sztukach co tez do konca nie bylo wiadome, bo niestety porownujac organizacje "tutejszych" a moich rodakow to niestety od razu dostrzega sie roznice na nasza niestety niekorzysc.
Poza tym w domu moim bardzo "niespokojnie" bylo co z reszta powinnam bez komentarza zostawiac. Od kad zamieszkala z nami "szanowna" tesciowa to przestalam sie czuc tutaj jak u siebie... Efektem tej i wielu innych nawarstwiajacych sie okolicznosci podupadlam nieco na zdrowiu psychicznym... fizycznie tez nie czulam sie dobrze... W dwoch slowach: "zlapalam dola", ale ostatecznie nie takiego ktory odejmuje checi do zycia... choc chwilami :(((  - moj "dolek" dal mi wiele do myslenia i upewnil w przekonaniu ze "to ja jestem panem swojego zycia" i to JA sama swiadomie lub mniej swiadomie godze sie na owe okolicznosci... i ze przy odrobinie szczescia moglabym odmienic swoje zycie... a nawet musze!!!
Tylko jak znalezc te "odrobine szczescia"? gdzie go szukac?
Chcialabym moc powiedziec, ze w milosci - ale to zbyt ogolne, wiec; w zrozumieniu, zaufaniu i uczciwosci, lojalnosci, w harmonii, w poczuciu bezpieczenstwa i uszanowania, w pracowitosci, w dazeniu do realizacji planow, samodoskonaleniu.... bla bla bla, kolejna bajka!
Tylko ze zycie to nie bajka, ktora zazwyczaj konczy sie "i zyli dlugo i szczesliwie" choc wielu nadal sie to udaje... na szczescie!
W moim codziennym zyciu zabraklo conajmniej kilka elementow owej "bla bla bajki" ale nie bede sie rozdrabniac i tym bardziej na forum publicznym oswiadczac czyja wieksza byla w tym zasluga, ze "milosc" przestala miloscia sie zwac. Kazdy z nas u schylku swojego zycia zostanie kiedys rozliczony z niego.
Wiem jedno!
Takie zycie, to nie zycie!
Od kad podjelam decyzje jestem o wiele szczesliwsza.
Wlasnie sie odnajduje w nowej sytuacji i chyba choc taka moge miec tylko nadzieje - ze najgorsze juz za mna :)
Organizacja pochlania mnie do reszty, ale puki co jestem zadowolona z jej efektow.
Zyczcie "pomyslnosci".

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

"Wiara"

niedziela, 15 lutego 2009 18:51

Witajcie...

Sadzilam, ze juz nikt tutaj nie zaglada, poza mna sama :) a jednak... i nawet zostawiacie jakies slady. Co prawda nie sa to komentarze, ktore bardzo by mnie ucieszyly i mobilizowaly do czestszych wpisow, ale dobre i "statystyki".  
Kiedys ten bloog spelnial role mojego powiernika codziennych i niecodziennych zdarzen i mysli, ktorymi chcialam sie tez dzielic z Wami. Bylo latwiej... bo bardziej anonimowo. Dzis nie jestem tego tak bardzo pewna... a nie raz chcialabym wykrzyczec, "dlaczego", wlasnie tutaj "u siebie".
Moje zycie toczy sie dalej, i to logiczne przeciez, tak jak zycie kazdego... jednak moje, intuicyjnie czuje, ze toczy sie w zlym kierunku... I gdybym miala ubrac wszystko w slowa... ale tutaj juz nie chce, nie dzis... Dopelnieniem dzisiejszgo wpisu niech bedzie owa piosenka...



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (16) | dodaj komentarz

"Nie ma jak Rodzina :)"

niedziela, 11 stycznia 2009 20:10

Witam Wszystkich bardzo serdecznie po raz pierwszy w Nowym Roku :)

zyczac przy tej okazji wszystkim Wam jak i samej sobie; nieustajacego zdrowia duszy i ciala, wszechobecnego szczescia, pomyslnoci w dazeniu do okreslonych celow oraz ich szczesliwej realizacji oraz wiele prwdziwej milosci :) 
Dosiego Roku 2009!

Dwa tygodnie w Polsce...mmmmm, to byla sielanka.  Nie wyobrazam sobie, abym moga kiedykolwiek lepiej wspominac te coroczne Swieta. Mysle, a nawet jestem tego pewna, ze to za przyczyna tego, ze pochodze z dosc licznej rodziny a biorac pod uwage ze tylko dwoch Braci jeszcze nie zalozylo swoich rodzin a pozostali juz tak i od lat ciesza sie swoim potomstwem, to w sumie daje nam liczbe 17 osob przy wspolnej wieczerzy wigilijnej. Ale to nie wszystko przeciez, bo "nie ilosc robi roznice ale jakosc". My... a to glowna zasluga Rodzicow, jestesmy ze soba bardzo zzyci, i choc czesc z nas widuje sie tylko od swieta to i tak bysmy "wskoczyli za soba w ogien" :)
Na mysl przyszla mi sytuacja z mojego dziecinstwa, kiedy to jako mala jeszcze dziewczynka, ale zawsze najstarsza z reszty rodzenstwa poszlam stanac w obronie mlodszego brata. Wlasciwie to poszlam sie poklucic w jego imieniu, bo duzo starszy od nas chlopak zucil pilka w jego mizerny, plastikowy samolocik, ktory moj Brat usilnie probowal wzbic w lot. Oczywiscie samolocik nie przeszedl testu na uderzenie pomyslnie i zapewne nigdy wiecej nie dane mu bylo wzbic sie w niebo. Ja natomiast uznalam "przymus przeprosin" owego "wandala" za punkt honoru i nie baczac na skutki poszlam sie z nim rozmowic... Niestety o rozmowie nie bylo mowy, bo nie dosc, ze wandal to jeszcze totalnie pozbawiony szacunku dla dziewczynek ;) Dostalam delikatnie mowiac w moja "twarzyczke" bolesnego "plaskacza" ;) i zalewajac sie lzami wrocilam do domu. "Ta zniewaga krwi wymaga" i rzeklam slowo Tacie po tym jak wrocil do domu po pracy, a ze okoliczni chlopcy mieli w zwyczaju niedaleko naszego domu pogrywac sobie w pilke az do samego wieczora, to nie trudno bylo znalezc owego lobuza. Ojjjj byla to rozmowa... i nawet chyba donos do rodzicow...
Ale byly i sutacje, kiedy nie raz miejsce uczuciom braterskiej solidarnosci i milosci zabierala powiedzmy "nienawizc", taka niegrozna, i dlatego w cudzyslowiu. Choooooc ojjj, raz bylo prawie blisko tragedii. I o tym tez musze wspomiec, bo skoro juz mi sie tak paluszki rozbrykaly i chca szybciej pisac niz glowa zwykla myslec... Sytuacja miala miejsce pewnego dnia, ktorego Mama zostawila mi mlodsza trojke pod opieka, lat mialam moze 12scie.... Nakazala, by w domu panowal bezwzgledny porzadek i kazde z nas mialo cos w tym kierunku zrobic. Ja... a biorac pod uwage ze mam wrodzone sklonnosci do dyktatury ;)) wzielam sobie zbyt mocno do serca slowa mamy, w skutek czego nie bylo mowy o jakich kolwiek "wymigac" ze strony rodzenstwa. Ostatecznie doszlo do przepychanki z... wyzej wspomnianym juz Bratem, i mozecie mi wierzyc, ze choc byl dzieckiem bardzo spokojnym i zrownowazonym to ja umialam wyprowadzic go z rownowagi. Na raz.... wybiegl z domu w kierunku szopki, w ktorej tata zwykl trzymac swoje narzedzia i zlapal toporek do rabania drzewa i zamierzyl sie nim wprost na mnie... Dalam "chodu" i dzieki Bogu w pore zamknelam sie przed nim w domu, ale on juz w tym czasie zdazyl dostac "bialej goraczki" i z calej sily uderzyl toporkiem w drzwi :)  Nie dalo sie ukryc przed rodzicami calego zajscia, choc nam "wlos z glowy nie spadl",  ale na drzwiach wejsciowych do konca ich zywotnosci zostala gleboka szrama, z kad inand ostrzezenie dla mnie, ze nastepnym razem musze bardziej liczyc sie z indywidualnoscia kazdego z nas :)
Ojjjj, byly to czasy... dalabym za nie 35 lat swojego zycia, a nawet jeszcze wiecej ;) gdybym mogla tak cofnac sie w czasie :)

Nowy Rok swietowalismy w swoim, wysmienitym  ;) gronie, wiwatujac wejscie w swiat "trzydziestek" mojej, naszej jedynej Siostry, ktora zorganizowala przyjecie urodzinowe. Aby bylo "czadowo" zabawa byla w "przebieranki" i biorac pod uwage pomyslnosc i przeswietna zabawe chyba przyjmiemy to za tradycje :)
Jeszcze tylko mala obrobka i fotki wklejam ponizej :)



Made in India :)



"Malunia Sylwunia"



Siostra "wielokrotnie przelozona" ;)



Lekarz poloznik :)



Z pozdrowieniami dla "Kierowczyni tirow" ;)



W stylu Afro :)



I orientalnie na koniec :)

Podroz powrotna do Belgii mielismy nad wyraz trudna... choc ostatecznie bardzo szczesliwa. Byl to drugi dzien tegorocznej "sniezycy" i nie tylko w Polsce ale tez w Niemczech i do samego domu snieg nie przestawal padac. Na autostradzie bylo bialo, a snieg ktory zalegal na drodze, mielil sie pod kolami aut, w zwiazku z czym nie trudno bylo o poslizg. Lacznie 18 godzin w drodze, w tym 3 godziny spedzone w korku :(  Po drodze... kilka aut w rowie, na poboczu te ktore na letnich jeszcze oponach i zlamana w pol ciezarowka.... brrrrr.... balam sie oczu zamknac na chwile, aby choc czesc nocy przespac, bo Brat - i znowu o tym samym mowa :) czul sie nienagannie i sam prowadzil przez cala trase. Tylko doswiadczenie, dobre auto, spokoj i opanowanie, ktore cwiczylam w nim cale nasze dziecinstwo ;))) pozwolily bezpiecznie dojechac na miejsce... poniedzialek 4ta nad ranem.
O 9tej zapukalam do drzwi domu, w ktorym pelnie poniedzialkowy dyzur i tak nagle "zerwalam sie z choinki" do codziennej rutynki ;)

Mam jeszcze garstke wspomnien z tych dni swiatecznych paru, jak to przez przypadek trafilam na uroczystosc zawarcia slubu, przez moja blogowa znajomosc "Kasie z Okruszkowa" i o tym ze spotkalam sie z moja "Mloda Przyjaciolka" z DD... ale o tym nastepnym razem. 
 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

"Wesołych Świąt"

poniedziałek, 22 grudnia 2008 23:51


Moi Drodzy.
Od soboty jestem w Polsce... Niespodziewanie nadazyla sie okazja, aby te "Cudowne Swieta"  spedzic w gronie rodzicow i rodzenstwa... jednak kosztem rozlaki z Lucem i Kristel. Nie bralismy wczesniej wogole pod uwage wspolnego wyjazdu ze wzgledu na ciagla "niemobilnosc" , finansowy zastoj, oraz Mame Luca... ale skoro.
Bardzo potrzebowalam tego wyjazdu... dlatego decyzje podjelam od razu. Brat mial dwa miejsca wolne w swoim aucie, wiec podroz nie byla wielkim wydatkiem. Dwa tygodnie urlopu, o ktore poprosilam z pracy, dostalam bez problemu,  wiec tak oto jestem, razem z Angelika. Musze naladowac swoje akumulatory ;) przyda sie zapas energi, zwlaszcza, ze w moim domu zaczynam czuc sie "nieswojo". Za duzo w nim zwierzat ;)... dwa czworonozne pupile Tesciowej noi nasz Kiki, choc ten to Aniol w porownaniu z tamtymi. A jeszcze, zeby bylo weselej, moj maz robi do mnie podchody o zakup kanarka :)))  Ach ci mezczyzni... to tacy duzi chlopcy, zwlaszcza jak maja mamusie obok siebie ;)
Po ostatnich dosc zabieganych i nieco stresujacych tygodniach postanowilam zainwestowac w poprawe swojego humoru. Swieta spedzone w prawdziwie rodzinnej atmosferze... a jeszcze przed; zmiana fryzury i zakupy :) co potwierdzi kazda kobieta, ze sa niezawodnym srodkiem na tego typu "schorzenia". Ja dolozylam jeszcze solarium i perspektywe Sylwestrowego przyjecia w "przebierankach". Moim partnerem bedzie Kapelusz ;)))  A puki co sielanka :))) choc juz zaczynam tesknic za moim Krysztalkiem. Na szczescie codzien mozemy sie widziec i slyszec za pomoca Skype, co troszeczke lagodzi owe uczucie.
Zanim jednak zasiade do wigilijnego stola pragne podzilic sie z Wami swoimi zyczeniami;


Świątecznych serdeczności moc niech otuli tę czarowną
betlejemską noc.
Niechaj Gwiazda znad stajenki blask swój ściele,
by w Waszym życiu wciąż otaczali Was przyjaciele.
Aby w progach Waszego domu szczęście zagościło,
by w nim miłość, mądrość i wesele bylo.



Wesołych Świąt.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (13) | dodaj komentarz

"Ku pamieci"

sobota, 29 listopada 2008 16:28




Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

"Ty jestes moim Skarbem, wiesz!"

środa, 26 listopada 2008 0:29

Dlugo dales mi Synku czekac na kolejny sen z Toba w roli glownej... i kiedy Cie ujrzalam, jak tak sobie siedziales przy goscinnym stole... choc to sen byl, ale ja w nim nie snilam wcale... i nie moge sie wyzbyc nawet w snach moich realnych mysli, bo widzac Twoja rozesmiana, szczesliwa buzke ja zastanawiam sie jak to mozliwe?, czy to jest przed Twoim odejsciem? czy to juz po? no bo jesli po? to zapewne sen tylko i zaraz sie skonczy... a wtedy scenariusz sie powtarza, jak w wiekszosci moich snow z Toba... Rzucam sie na Ciebie i sciskam, przytulam i caluje, jakbym juz nigdy w zyciu (lub we snie) nie miala Cie zobaczyc... i sen sie konczy a ja mam zal do samej siebie, ze nawet we snie nie umiem sie zapomniec i cieszyc sie Toba jak kiedys za zycia...

Zawsze, kiedy patrze na to zdjecie;




w uszach klebi sie dzwiek tamtej chwili... dzwiek ulubionej piosenki Kristel, ktora Bartus puszczal jej ze swojego laptopa.

Posluchajcie;

   

I choc minelo juz tyle miesiecy, to Kristel nadal duzo wspomina Braciszka... Dzis po raz pierwszy w zyciu bawila sie w sniegu budujac ze mna balwanka, ale Bartus tez byl z nami.  Pod jej kurteczka, na duzym zdjeciu, bo nie chciala bez Niego wyjsc z domu. Dla niej Bartus, jest "tu i teraz" na zdjeciu wlasnie, i wie, ze Bartus ma swoje buty i ubranko w szafie i nawet kiedys chciala, abym te buty postawila kolo Jego zdjecia, bo On przeciez moglby chciec je ubrac.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

"Wszystko jest Cool"

piątek, 21 listopada 2008 18:09


Witam tych wszystkich, ktorzy nadal, pomimo moich rzadkich wpisow odwiedzaja tego bloga.
Chyba jednak jest jeszcze dla kogo pisac ;) choc tu podkreslic musze ze glownie pisze sama dla siebie, kiedy taka potrzebe wlasnie odczuje.... tak wiec dzis krotka relacja z mojego "tuzinkowego" zycia.
Ostatnio na lekcji niderlandzkiego nauczylam sie nowego zwrotu, (nie jedynego z reszta, zeby nie bylo tu domyslow) ale ten zwyczajnie na swiecie, bardzo przypadl mi do gustu :) "Huis menager" - a juz zaczynalam miec watpliwosci, czy zdradzac sie przed co niektorymi w jaki sposob zarabiam pieniadze. W gruncie zeczy, "sprzataczka" to zawod jak kazdy inny, ale.... no wlasnie powiedzcie sami, majac do wyboru przytulna prace biurowa a ... wiaderko wypelnione woda i "super" produktem czyszczacym, ktory z kad inand, jak wszystkim wiadomo, nie dziala "super" na skore dloni...??? Wystarczajaco czlowiek czuje sie ponizony, jak na "dzien dobry" slyszy od "Madamki" - "Dzis zacznij od toalety, potem mozesz w kuchni, w pokoju jak zawsze...a jesli ci czasu zostanie to umyj jeszcze okna i wyprasuj mojego meza koszule"  - Acha ...iiii jasne, 4 godziny to szmat czasu, wystarczy na wszystko!!!  - te fraze wypowiada sie w duchu :) ale od razu czlowiek dostaje takich obrotow, ze czasem sie zastanawia czy nie odmowic sobie obowiazkowej przerwy na lancz, tylko po to, aby zadowolic taka "Madamke". A po pracy... czlowiek spotyka sie z ludzmi, wymienia sie informacjami i zawsze pada pytanie - "Gdzie pracujesz?"  Glupio troche tak "prosto z mostu" ....
Tak wiec w pogoni za trendem, bo przeciez w kazdym kraju, lubi sie zapozyczac zwroty obcojezyczne, ktore brzmia bardziej Cool :) ktos madry i tutaj wymyslil, ze mozna byc managerem od wszystkiego a skoro tak to takze od pracy w domu ;) I od razu zrobilo sie "cooltowo" !  bo nagle zaawansowalam ;) ze zwyklej sprzataczki na "specjaliste od zarzadzania domem" :)
Tydzien temu musialam poddac sie badaniom lekarskim stwierdzajacym zdolnosc do pracy i wykonywania obecnego zawodu. Nawet sie ciesze, bo dowiedzialam sie czegos nowego o sobie. I tak kontroli poddane zostaly moje oczy i juz wiem, ze w przyszlosci bedzie mi brakowac rak przy czytaniu gazety ;), ze moje cisnienie rozkurczowe krwi jest zbyt wysokie i niedlugo powinnam siegnac po specyfiki farmaceutyczne, az w koncu przezylam maly szok, choc juz, albo dopiero, w tym roku odkrylam prawde sama... mianowicie, moja prawa noga jest krotsza od lewej i to dosc znacznie. Nawet nie macie pojecia jak czuje sie czlowiek, ktory przezyl 34 lata ze swiadomoscia; ze nabawil sie tylko zlego nawyku"akcentowania" na prawa noge :) a w rzeczywistosci jego noga jest faktycznie krotsza o jakies bagatela 2 cm :)
 - Oj Mamus... a tyle razy wspominalas, ze lekarzowi pediatrii nie podobala sie ta dodatkowa faldka na moich tlusciutkich, niemowlecych nozkach ;) ale takie czasy byly, ze skonczylo sie na gadaniu.
A potem mi mowilas; - "Anetka, czemu ty tak stapasz na te noge?" Teraz juz wiesz Mamus, ze to stapanie nie wzielo sie z nikad, a takze i to skrzywienie mojego kregoslupa, znajduje swoje wytlumaczenie.
To byla istana chwila prawdy!
W nagrode uslyszalam od Pana doktora "dziekuje bardzo"  tak, kochani - tak jak czytacie (prawie, bo ciagle pisze bez polskiej czcionki).  Jak sie okazalo, Pan doktor goscil w Polsce podczas jednego z seminarii i na dodatek na pomorzu, z kad i ja sie wywodze.
I musze jeszcze krociutko nakreslic, ze nasz dom "zaczal pekac w szwach", no nie tak doslownie, ale biorac pod uwage, ze zamieszkala z nami Tesciowa i jej dwa pupile rasy psiej, bardzo zmniejszyla sie nasza indywidualna powierzchnia mieszkaniowa. No coz, sytuacja Ja zmusila a i nas zarazem, ze o odmowie nie moglo byc mowy. Podobno na jakis czas, dopuki nie znajdzie innego lokum, ale nie ulega watpliwosci, ze nasze zycie troche stanie do gory nogami.
Poza tym wszyscy ostatnio przechodzilismy grype, a u Angeliki zanosi sie na "powtorke z rozrywki" ,  bo dzis wypadalo w szkole co dwutygodniowe wyjscie na basen a dziecko jeszcze troche mi kaszlalo. A ze dla mnie to jeszcze dziecko, a ona dla siebie to juz "zaglem i okretem" wiec ostatnio czesto do porozumienia dojsc nie mozemy.
Polozyla sie dzis do lozka z bolem glowy i podwyzszona temperatura, i zobaczymy co jutro przyniesie.
Co do Krysztalka to problem "kupki" nadal aktualny i co jakis czas tak sie musi nacierpiec aby cos z siebie wycisnac. Nie wspominam ile to juz nas zdrowia kosztuje a ile cierpliwosci i zimnego rozsadku wymaga. Musze "pogrzebac w necie" i znalezc logiczne wytlumaczenie.
I to by bylo na tyle... i juz wrzucam w eter, zyczac jeszcze wszystkim milego wekendu.
Acha, i  pozdrawiam serdecznie wszystkie "menagerki domowe" ;)


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

"Śpieszmy sie kochać ludzi tak szybko odchodzą..."

piątek, 31 października 2008 23:55



 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (12) | dodaj komentarz

"Temat jak kazdy"

wtorek, 28 października 2008 22:24

"Wszystko co ludzkie nie powinno byc dla nas obce" wiec dzis o takim przyziemnym temacie bedzie, choc nie jeden ma z tym "nieziemski" problem jak sadze ;)

Sprawa dotyczy... lub lepiej jak napisze dotyczyla i nigdy dotyczyc nie bedzie - naszego Krysztalka. To nic nowego, ze tutejsi lekarze najwieksza kase z nas maja podczas dosc regolarnych wizyt "weekendowych". Wszystko szlo dobrze jak... jak szlo wlasnie w pampers, problem zaczal sie w momencie jak trzeba bylo kategorycznie porzegnac sie z pamperami... bo tu przeciez szkola juz czeka na nas z utesknieniem :) a tam pampersiakow nie lubia, nawet jak Te maja dopiero po 2,5 roczku.
No i udalo sie... jakies 2 tyg "robimy" na topek, a i tak... robimy, bo to wyprozniania prawie grupowe ;) zeby dziecko nie bylo odosobnione w swoich poczynaniach.
Az tu nagle, to "grubsze" przestalo wychodzic i po kilku dniach, chyba czterech, zaczelo bardzo bolec.... ostatnie dwa dni tak dalo do wiwatu i dziecku i nam dziecko, ze trzeba bylo szukac rady u lekarza. Zanim jednak, a byla to sobota, wiec tylko dyzury i w aptekach rowniez, ale udalo sie dotrzec do najblizszej (na rowerze dodam :)) i kupic jakis proszek do rozcienczania co niby mial od razu spowodowac "zupelne wyproznienie" ale nie spowodowal... i druga saszetka tez nie i trzecia dnia nastepnego tez nie. Wiec tym razem na polowy pojechala mama, bo przeciez o czopkach mowilam tem mojemu "chlopu" ale dal sie nakrecic w aptece na cos takiego. I pierwsza "glicerynka" zaladowana... nie obylo sie bez szarpaniny i bolesnych krzykow a i dla mnie, bo mnie dziecko skopalo, i wcale sie nie dziwie, bo i tak juz wczesniej mocno bolalo. Nic innego w domowo naturalnej aptece nie znalazlam, nie wspominajac o lewatywce, ktora to juz dnia pierwszego bez wiekszych rezultatow byla zastosowana.
Wiec blizej sedna... niedziela po poludniu, a tu w domu nic tylko "a£aa, boli, scipie, pipi, kaka, kremikiem zrob" i to w dwoch jezykach :) wiec, krotka decyzja, czy z takim problemem mozemy do szpitala, na intensywny dyzur??? mamy wzglednie blisko, aby rowerem dojechac, a szukac teraz lekarza co ma weekendowy dyzur, mmm... nie ma czasu.
Po drodze tak jakby, bole ustapily i nawet na zarty dziecku sie zebralo. Pyta sie Angeliki, czy jedziemy do Babci? A ta jej odpowiada - "Kristel... do Babci? rowerem? do Polski? no co ty! chyba 12 miesiecy musielibysmy jechac"... a mala na to z pelnym zrozumieniem "Tak? super!!!"
Jestesmy w szpitalu... w recepcji pyta sie nas bardzo mila Pani, na szczescie dla mnie wczesniej juz znajoma, zarowno jak owy szpital i wszyscy pediatrzy, wiec gdyby co... gdyby zaczela podpytywac i kwestionowac problem, to powolam sie na Bartusia ;) ale ok. Tylko nie ma pediatry na dyzurze, bo wlasnie go skonczyla, ale jak cos powaznego to kochana pani doktor wroci... ale czy to na tyle powazne? zaczynam sie sama w duchu zastanawiac... zaraz, zaraz... chyba ktos jednak pozostal... ufff ulzylo mi bardzo :) Nie dlugo czekalismy i przyszla pielegniarka... rutynowe przygotowania, wywiad, temperaturka i za 15 min zjawil sie nasz "tajemniczy" lekarz... znowu wywiad i skierowanko, na RNG brzuszka, znowu chwile oczekiwan, choc pusto i cicho na oddziale "jak makiem zasial" i mamy wezwanie...
Na wynik nie musimy tu czekac, dostanie go doktor do rak wlasnych, znowu wracamy do pokoju badan, dluuugie oczekiwanie na konsultacje, a Kristel piszczy, a£aaa, boli.......itd, ale jak zaczarowana  bo w drugiej chwili nie boli juz nic, a robi z Angelika duzo halasu... miedzy czasie zmieniam kolejny pampers bo cos zaczyna sie dziac.... iii dluuuugie parcie duzo stekan i wyyyyszlo "szydlo z worka".... prawie w tym samym momencie wpadla pielegniarka, spytac jak leci i czy doktor juz byl u nas... nie ma potrzeby juz interweniowac - prosze pani ;) w duchu znowu se mysle... ale przyszedl i doktor i recepte przyniusl na kolejny "proszek" a jak wyszedl to ze smiechu nie moglam juz ubrac dziecka kompletnie bo zucilam haslo ze "Kristel do szpitala przyjechala w bolach kupke urodzic" co sie Geli spodobalo i "pekalysmy" juz obie ze smiechu. Na co Kristel z powazna mina, grozac nam palcem - "Cicho, cicho"
Cicho? A kto za te fakturke teraz zaplaci?
 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (10) | dodaj komentarz

"I czyja to zasluga?"

piątek, 24 października 2008 16:50

Wrocilam... i chyba nie bedzie tu przesada, jak napisze, ze wrocilam do "swiata zywych" :)
Choc moze za szybko nie powinnam sie cieszyc, w prawdzie dzis jest trzeci dzien mojej migreny, ale czy to byla "moja" migrena? pewnosci nie mam. Wiem tylko, ze takiego bolu glowy i takich dolegliwosci zoladkowych nie mialam juz od paru lat, a ten ostatni raz byl wlasnie podczas, kiedy swoje zniwa zbieral wirus grypy. Wczoraj nie bylam w stanie wstac z lozka, aby isc do pracy, zadzwonilam wiec do biura, aby powiadomic o swoim stanie zdrowia, objecalam tez zwolnienie lekarskie. Takim sposobem zmuszona bylam odwiedzic lekarza, z gory jednak zakladajac, ze ten i tak nic nie pomoze... Wiele sie nie pomylilam, bo Pan doktor faktycznie nie wykazal sie duza znajomoscia tematu, choc z wyrozumieniem podszedl do moich dolegliwosci i przepisal recepte na jakies leki. Dlugo sie rozwodzil na temat potencjalnych skutkow ubocznych jednego z nich, ktory powinnam zazywac regolarnie co dzien, aby byc moze miec nadzieje, ze kolejne "uderzenie migrenowe" bedzie bardziej "ludzkie". Inny lek - dodal, ze nie jest za tani, bo 9 euro kosztuje jedna tabletka, ale podobno jej zazycie w poczatkowym stadium daje duza pewnosc, ze bol sie nie rozwinie.
I rozpisalam sie wiele, na tak przyziemny temat, ale to dlatego, ze jeszcze moje "szare komorki" nie potrafia o niczym innym myslec.

Ostatni wpis poswiecilam "Odrodzinom" Bartusia i chcialam jeszcze wspomniec o naszych obchodach tej rocznicy.
I bylo tak jak objecalam mojemu Synkowi choc dzis sama zachodze w glowe jak tego dokonalam, ze udalo mi sie slowa owego dotrzymac. Mam na mysli przygotowania do odswietnej kolacji w sobote 11-tego i objadu dnia nastepnego. Tak jak wspomnialam juz wczesniej, ostatnio "kuleje" moja organizacja a ze juz jakis miesiac czasu jestesmy bez auta, to fakt ten dodatkowo komplikuje nam wiele spraw. Chyba najbardziej kwestie robienia zakupow zywnosciowych, na ktore mielismy w zwyczaju wybierac sie raz w tygodniu.
Wiec wracajac do dnia, kiedy zaprosilam na "Bartusiowa" kolacje Przyjaciol i najblizsza rodzine, jaka jest tutaj moj Brat z Bratowa, chcialam bardzo sie wywiazac z danego slowa w sprawie menu. Okolo godziny 14stej, po wczesniej zmarnotrawionym sobotnim poranku pojechalismy do pobliskiego supermarkietu rowerami, i nie musze tu chyba dodawac ze "Szefowa" ma specjalny przywilej ciagniecia przyczepki, ktora z reszta ostatnio czesto zastepje nam bagaznik naszego samochou, oraz... na tyle wmontowany na stale fotelik dla naszego Krysztalka. Uwierzcie, ze trzeba sie wykazac niezla kondycja aby podolac wszystko uciagnac ;)
Przed zakupami odwiedzilismy cmentarz i Naszego Jubilata i udekorowalismy jego miejsce "spkoju" bukiecikami z roz, ktore kazda z nas (ja, Gela i Kristel) zrobilysmy dla Niego, zapalilismy swiatelka, pomedytowalismy troszke, zmowilismy modlitwe i pozegnalismy sie... ale tylko do wieczora, bo wieczorem przeciez Bartunio mial byc razem z nami koniecznie.
Czas gonil nieublaganie... a ja zdalam sie calkowicie na pomoc Bartusia, skoro zgodzilam sie na maly posilek w pobliskiej "Kanapkarni"... potem szybkie choc gruntowne zakupy i okolo godziny 16stej bylam dyspozycyjna w kuchni.
Dodam tylko, ze gosci zaprosilam na godzine 18-sta i nie mam w zwyczaju nie miec na czas gotowej zastawy na stole. A plan byl taki; upiec dwie czarne babki, zrobic ciasto z karmelem i bita smietana, ktore normalnie potrzebuje odstac cala noc w lodowce, zrobic salatke warzywna, nakryc do stolu, posprzatac po tym wszystkim w kuchni... I jesli ktos dokladnie czyta, to zauwazyl, ze dalam sobie czasu na to az "cale" dwie godziny... i chyba dzis nie bylo by tematu gdyby mi (mchchhh)  nam,
 sie nie udalo, bo cala rodzinka wlaczyla sie do akcji ;) a Angelisia "uwijala sie jak w ukropie", aby nadazyc za mamusi rozkazami (bo prosby zazwyczaj wypowiadam innym akcentem) 
A o reszte postaral sie juz Bartus i z malutkim poslizgiem o 18,20 plan zostal wykonany, bez roznicy tego opoznienia dla gosci, ktorzy prawie zdublowali "studenckie" spoznienie.
Nastepnego dnia gosciem specjalnym byla pani Katechetka a ja chialam stanac na wysokosci zadania i ugotowac objad z dwoch dan; rosol z makaronem i zolty sos (slodko kwasny) z ryzem i z gotowanym kurczakiem... i dodac musze, ze tak klarowny rosol znalam wczesniej tylko z wersji wykonanej przez moja mame... a o reszcie juz nie wspomne, bo zakrawa tu po malu o samozachwyt a od tego "bron Panie Boze".
I na koniec jeszcze dorzuce do mojego wpisu troche "ciareczek"...
Podczas ostatniej niedzielnej mszy swietej w niderlandzkim kosciele, na ktora wybralam sie tylko z Angelika, moja coreczka w pewnym momencie ceremonii szarpnela mnie za rekaw i wyszeptala do mnie dosc stanowczo i z przejeciem te slowa -

"Widzialam Bartusia!
Tak, tak mamusiu, stal tam i trzymal gitare w reku i byl ubrany w te suknie komunijna i sie do mnie usmiechal"...
Dech mi zaparlo...
Bardzo mozliwe.. i powinnam jej wierzyc, bo dziecko nie ma sklonnosci do fantazjowania i akurat muzyka jaka wlaczyl organista w zastepstwie spiewu churalnego byla naprawde anielsko relaksujaca...
Ona widziala... czy ja kiedys tego doswiadcze?



  

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (13) | dodaj komentarz

"Godzina 0"

piątek, 10 października 2008 1:35


 o


Chłopiec ciemnooki,
Kiedyś zdrowy był.
Taki czarujący,
Zawsze pełen sił.
Na wezwanie Boga ,
szybko stawił się,
Życia nie dokończył
Jakże smutno mi.
Imię jego Bartek,
Lat dwanaście miał,
Kiedy Pan go wezwał
Ku niebu się udał.
W komży bielusieńkiej,
Z uśmiechem na ustach,
Z bagażem cierpienia,
Nie do powiedzenia.
Dzielny był to chłopiec,
Kochał mamę swą,
Miłował siostrzyczki
Całą duszą swą.
Panie Boże proszę
Pomóż, wiarę wlej,
Abym zrozumiała
Śmierci Jego sens,
Wiem, że jest u Ciebie
z Janem Pawłem też
Uśmiecha się z góry
Do rodziny swej.



Ten wiersz napisala Klaudia, rowiesniczka Bartunia... dziewczynka o bardzo wrazliwym serduszku, ktora wlasciwie nigdy nie miala okazji poznac Bartusia za jego zycia, ale po przeczytaniu moich wpisow na blogu zdazyla sie bardzo emocjonalnie zzyc z moim Aniolkiem. Dziekuje Ci Klaudio.


O "wspolnym odczuwaniu" chcialam jeszcze napisac slow pare. Jak wazna role w warunkach "walki o przetrwanie" spelnia pamiec...

Wczoraj z Kliniki, gdzie leczyl sie Bartus otrzymalismy kratke ze slowami zapewnienia o nieustajacej pamieci o Naszym Bartuniu oraz z zyczeniami wielu sil w naszym cierpieniu.
A dzis podczas, gdy odbieralam Angelike ze szkoly, podeszly do mnie panie nauczycielki - ostatnia, ktora uczyla Bartusia w domu oraz panie, ktore uczylyby go dzis, gdyby "zbyt wczesnie nie zdal egzaminu ze swojej dojrzalosci" i wreczyly mi kwiaty oraz kolorowe listy od jego Kolegow i Kolezanek. Oczy zaszly mi lazmi, bo nie spodziewalam sie takiego "swiadectwa pamieci"...
I tu w tym miejscu bedzie dowod na powod mojego wzruszenia i nie tylko na to, bo dzis ten wpis zawierac bedzie prezenty dla Bartusia z okazji "Odrodzin" czy tez "Narodzin do Wiecznosci".




Kiedy dzis - prawie, ze za pozno - ale ostatnio jestem na bakier z moja organizacja, zadzwonilam do Ilse, mojej przyjaciolki, z zaproszeniem na sobotni wieczor, uslyszalam takie slowa "Wlasnie sobie tak pomyslalam, ze pewnie bedziesz chciala zrobic dla Bartka przyjecie, wiec odmowilismy juz wczesniej naszemu koledze" Tak, wlasnie... i to jest to przeczucie, tak jak wtedy, kiedy przyszla jeszcze raz do nas wieczorem, aby ucalowac "jak matka" Batusia czolo... ostatniego wieczora.
Ja tez Synku przygotowalam cos dla Ciebie. Cialu juz nic nie trzeba, ale dusze moze masz glodna? Jesli nie... bo zapewne juz Ci skzydelka bardzo duze wyrosly, podaruj nasza modlitwe, ktora zlozymy Tobie w ofierze na niedzielnej Mszy Sw o godz 13.00, dla dzieci, ktore walcza o zycie. Jest jedna dziewczynka, ktora powiela Twoj los i ostatkiem sil chce zyc. Przepraszam Asiu, ale nie moglam o tym nie wspomniec.
Bedzie przyjecie... a nawet dwa, jutro upieke Twoje ulubione "czarne ciasto", bo o bigos nie musisz juz prosic, juz czeka aby tylko go otworzyc.
Beda kwiaty, duzo swiatelek i Twoja muzyka "hip hop" z mieszanaka zbreznych slow... bedzie napewno...bo jutro sa Twoje "Odrodziny" Synku.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (16) | dodaj komentarz

"Tak jak zwykle"

piątek, 03 października 2008 22:58

Dawno mnie tu nie bylo i nazbieralo sie troche zaleglosci, az nie wiem od czego zaczac. Z drugiej strony to typowy poczatek kazdego kolejnego mojego nowego wpisu a jak juz sie rozkrece to konca nie widac.
Jesli sie wogole rozkrece... bo moje dzieci robia wszystko, abym nie mogla sie skupic nad pisaniem. Szczerze mowiac i moja w tym duza zasluga, a "zakrawa to o pomste do nieba" aby niespelna 3-letnie dziecko kladlo sie spac razem z rodzicami. Bez wzgledu na to czy sypia czy tez nie sypia juz w czasie dnia. Naprawde marzy mi sie wieczorna cisza... taka spokojna, wolna od gaworzen i przekomarzania sie dziewczynek miedzy soba. Co prawda Angelika o 21-szej jest juz w lozku i tu tez nie mam sie czym chwalic, bo dosc pozno jak na 7-latke, ale jej 10 godzin snu w zupelnosci wystarcza i zazwyczaj budzi sie sama zanim jeszcze zdzwoni moj budzik. Co do Kristel to wszystko jest "na wspak". Pelna samowolke dziecku zafundowalismy... i choc ja bym juz chciala wprowadzic jakies "przepisy" to nadgorliwy tata sukcesywnie mi to utrudnia. Na poczatku listopada pomaszeruje nasza dziecinka do przedszkola i to bezwzglednie, czy bedzie jej sie to podobac czy tez nie. Bede musiala pozostac nieczula na jej szlochanie powiazane z napadem histerii... a napewno tak bedzie.
Wyrosla na madra dziewczynke, mowi coraz wiecej i robi w tym niezly "kogiel mogiel" taka mieszanina dwoch jezykow, ze obawiam sie czy pani w szkole bedzie ja rozumiec. No wlasnie... taka madra i wszystko rozumie i odpyskowac jak trzeba tez umie... dla przykladu, i to juz typowa jej odpowiedz na moja prosbe! posprzatania zabawek - "NIEee MOGEee" Normalnie mnie rozbraja i nie wiem czy sie zloscic za to czy sie juz smiac z tego, bo ze ciagle nosi pampers a kazda proba posadzenia jej na nocnik konczy sie napadem histerii,  to ja juz sobie odpuszczam wszelkie komentarze. Podobno czas na to jeszcze nie przyszedl, gorzej bedzie jak jeszcze nie przyjdzie zanim bedzie miala isc do szkoly, bo "pampersiakow" tam nie przyjmuja.

Alez sie rozpisalam... i miedzy czasie tak cicho sie zrobilo ;))) ale nie tylko o tym chcialam.
Pogoda u nas  p a s k u d n a, brrrrr i chyba jeszcze nigdy nie dala mi sie tak odczuc jak w ciagu ostatniego tygodnia. Pada na okraglo, non stoop, a jak juz wspominalam do pracy jezdze rowerem. I jak na zlosc, gdybym nawet teraz podczas tej pluchy chciala skorzystac z dobrodziejstw mechanizacji, to nie moge, bo w naszym aucie skonczylo sie ubezpieczenie. Sprawa na razie musi pozostac bez zmian bo waza sie losy zakupu nowego pojazdu. Moj maz od jakiegos czau organizuje sie w swojej nowej dzialalnosci handlowej, ale poki co to wszystko teoria, choc firma oficjalnie istnieje juz od ponad 2 miesiecy. Wiec wracajac do pogody, bywalo ze zmoklam ze 3 razy w ciagu jednego dnia, choc juz teraz wogole nie wychodze z domu bez specjalnego "kostiumu do nurkowania" ;) dla rowerzystow. W pracy ok, pomyslnie przeszlam okres probny a jesli ktos by nie wierzyl, ze mozna organizowac szkolenia z zakresu "technik sprzatania i znajomosci produktow" to ja zapewniam ze takie juz przeszlam. Bardzo interesujacy cztero godzinny wykladzik, zakonczony lanczem w formie przepysznych kanapek. Profesjonalizm w kazdym calu i to mi sie tu podoba :) Jesli uznalabym, ze nie odpowiada mi z jakis wzgledow "dom" w ktorym pracuje to tez nie ma problemu wymienic miejsce pracy na??? no wlasnie... czasem mozna tak w nieskonczonosc. Ja poki co trzymam sie swoich pierwszych adresow, choc dzisiejszy bedzie pod moja lupa. Podobno klientki "Service Home" czekaja juz drugi rok na "nas" z nadzieja, ze zjawi sie u nich w domu profesjonalna, pracowita, sympatyczna i godna zaufania "pomoc domowa". Okolo 2 lata temu weszla tutaj taka ustawa w zycie, ktora ma zapobiegac obcokrajowcom i nie tylko podejmowaniu pracy na "czarno". Mianowicie, zaczely powstawac biura, ktore zatrudniaja osoby, panie, ktore maja pozwolenie na pobyt w Belgii ale nadal (z roznych przyczyn) pracuja w tej branzy na "czarno". Tak wlasciwie to nie jestem pewna i zaryzykuje tu stwierdzeniem, ze pewnie mozna odwrotnie, czyli majac zapewnienie mozliwosci legalnej pracy w takowej firmie moznaby uzyskac pozwolenie na pobyt... jesli ktos bylby zainteresowany ;))) moge popytac. Zaleta tego taka, ze klienci placa srednio 3 euro mniej z czek ( godzina pracy), niz zatrudniali by taka pania nielegalnie a dla nas warunki ustalone wg tutejszego prawa pracy, dosc korzystne. Dzis na konto wplynelo mi moje pierwsze "biale" wynagrodzenie za prace ;) i ku wczesniejszym obawom, jednak jestem zadowolona! 
Dwa razy w tygodniu dojezdzam na niderlandzki. Ojjj, fajnie sie jest tak wybrac do ludzi, a towarzystwo mamy wyborowe... zdaje sie ze w grupie, ktora liczy jakies okolo 30 osob, trudno ocenic, bo jest duza rotacja, mamy przekruj srodowiska arykanskiego, chinskiego, tajlandzkiego, marokanskiego, czeczenskiego, Jugoslawii, Rusii, Ukrainy, Argentyny, Turcji i jeszcze z kad inand, a przypomniec sobie nie moge, i oczywiscie "najsilniejsza grupa" to Polacy, chyba z 8 osob. Najlepszy ze wszystkich jest nasz wykladowca. Rodowity Belg, a jakze inaczej byc nie moze, i na nasze szczescie nie mozemy mowic na lekcjach o nudzie. Ostatnio, podczas dyskusji na temat, "co, gdzie i za ile" rozsmieszyl mnie i nie tylko mnie chyba stwierdzenie ze "W Belgii musisz za wszystko placic, nic nie jest za darmo, no... moze to slonce na niebie, ale nawet i ono za darmo nie chce tu juz swiecic i dlatego swieci tylko przez dwa tygodnie w roku" haha 
Tym stwierdzeniem prawie trafil w 10-tke, choc ja bym sie do konca z tym nie zgodzila. Moim zdaniem, co od razu zuca sie w oczy i przypuszczam kazdemu to przeogromna podaz papieru. Bez wzledu na to czy to reklamy, foldery, ulotki czy profesjonalne ksiazki informacyjne, dostajesz je na "kazdym kroku", w kazdej instytucji. Jak sadze, system ten sie sprawdza dzieki ponownej przerobce papieru, bo segregacja odpadow domowych jest bardzo tu przestrzegana. Chciala bym wam kiedys pokazac jak wyglada u nas "Kontener park" i tak jak nazwa wskazuje, jest to duzy plac, gdzie stoja kontenery na odpady, pojemniki i worki, gdzie panuje niewyobrazalna dyscyplina i szczegulowosc. Kazdy mieszkaniec majac swoja karte moze na niego wjechac i wywiezc swoje nieczystosci, ktore nie mogly byc wystawione wczesniej w  specjalnych workach na ulice. Pisze o tym, bo w zeszlym tygodniu musielismy pozbyc sie paru zbednych sprzetow "wiekszego kalibru". Cale szczescie, ze za wywoz tylko nielicznych nalezalo uiscic oplate, a jakze na podworku zrobilo sie czysciej.
I takim sposobem pisania o wszystkim i o niczym doszlam do konca. No moze prawie do konca, bo jakze by inaczej, celowo  chcialam wczesniej uwage swoja odwrocic od pewnego faktu. Nachodzi mnie od poczatku coraz czesciej ogromny zal i smutek. Tak jak pisalam "magia dat" bo to przeciez byl "ostatni tydzien zycia" mojego Sloneczka... Boze, jak ten czas szybko leci i dzis jak tu siedze, slowo wam daje, ze tak bardzo bym chciala aby tak szybko przelecialo tez i moje zycie.
Nie jestem ciekawa juz tego co "ono" jeszcze dla mnie szykuje... zyje dniem dzisiejszym, zyje bo musze zyc dalej, bo inni mnie potrzebuja, bo czasem jest nawet fajnie zyc,  ale gdyby ktos chcial sie dzis ze mna zamienic - to choc zapewne nie nie jestem jeszcze gotowa na smierc, pewnie poszla bym na taki uklad. Tak mi sie troszke w glowce "poprzekrecalo" z chwila jak moj Bartuniu postanowil podazyc inna droga. Ja chce isc ta droga za nim, nawet wiem jakiej drogi musze szukac... ile jeszcze, nie smie pytac Boga, aby nie grzeszyc, choc czasem zadaje sobie pytanie - czy to pieklo, ktore niektorzy maja objecane po smierci to przypadkiem nie zycie tutaj???
Napewno przed 11-stym pazdziernika ukaze sie wpis na moim blogu, taki "narodzinowy" dla Bartusia, choc dusza moja krzyczy z zalu i tesknoty to coz ja moge "marny robak" wiecej.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

"W zyciu piekne sa tylko chwile"

wtorek, 16 września 2008 0:15

 

Belgia to dziwny kraj...dziwny pod wzgledem meteorologicznym :) i moze nie tylko, ale o pogodzie przez moment. W jednej chwili swieci slonce a juz w nastepnej pada deszcz...zapomnij o tym, ze bedziesz mial szanse zabrac parasol rano z domu ;) ewentualnie zdazysz go kupic na miescie, o ile w tym samym momencie nie bedzie Ci juz potrzebny...

To troche jak ze mna i moim nastrojem... Jednego dnia wydaje mi sie, ze juz nigdy nie przestanie "padac" z moich oczu, a innego; promienna radosc rozpiera mnie od srodka, az chce sie krzyczec - "Zycie jest takie piekne!"  Nie...! rozpedzilam sie troche ;) chcieli byscie, nie? Nie, nie "W zyciu piekne sa tylko chwile" jak spiewal Dzem i chociaz nigdy nie bylam "malym chlopcem" to i tak sie z nimi zgadzam :)"Rownowaga w pisaniu" - tak objecalam na poczatku, wiec dzis nie o smutkach bedzie :)))

O wakacjach po krotce w koncu bym chciala napisac i moze to juz nie dla Was, ale dla mnie samej "Ku pamieci", bo pamiec tak ulotna bywa. Ostatnio wpadlam na pomysl, aby wydrukowac wszystkie moje wpisy, bo jakos mi trudno uwierzyc w "niesmiertelnosc" tej strony i chyba ciezko bym odczula utrate tych wspomien. Pol ryzy zadrukowanego papieru spoczelo w specjalnej teczce..."Ku pamieci" tych chwil nadziei, milosci, radosci, walki, zlosci...

 "Ku pamieci" Bartusia.

Coraz mniej "Jego" w moich wpisach ale w moim zyciu nadal tak wiele i chyba ostatnio coraz wiecej. Tak bardzo tesknie za nim, tym bardziej im szybciej zbliza sie rocznica jego "odejscia". Czy tak bedzie zawsze? Magia daty... dzis a rok temu... jeszcze rok temu... w zeszlym roku o tej porze... wspomienia wracaja jak bumerang i beda powracac, bo mimo wszytko nigdy nie chce ich zapomniec... to jedyne co zostalo mi po moim Synku.

Czyzbym zeszla z tematu?

Tak jakos zebralo mi sie nagle na sentymenty przy dzwiekach tej muzyki ktora znalazlam przed chwila przy okazji robieniu wpisu na bloga, bo prawda jest, ze lubie i robie wiele rzeczy na raz...czy wychodzi mi to na dobre? to juz inna sprawa ;) ale piosenka jest sliczna, jeszcze nie znam autora ani tytulu, po prostu pozycze sobie na chwilke abyscie i Wy mogli posluchac ;) Tylko ostrzegam, ze to "klucz" do drzwi wyjscia z mojej strony ;)  http://www.youtube.com/watch?v=wp12nX7QK6I 

Jesli pasuje do drzwi wyjsciowych to musi takze do wejsciowych pasowac, wiec witam z powrotem ;)

O czym to ja mialam???

 Nie bedzie dzisiaj o wakacjach jednak... bo dochodza mnie sluchy, ze ktos zaczyna sie o mnie martwic :) wiec spiesze uspokoic, ze wszystko na chwile obecna w "najlepszym" porzadku u mnie a ze malo o mnie slychac to dlatego, ze czasu jakby mam mniej ;) Wiec dzis napisze o dzis i o tym jak to juz od tygodnia pracuje dzielnie na pol etatu, bez wiekszych ambicji, na razie ;) dla firmy "Home Service" :) i jak to od razu lepiej brzmi, prawda? a nie jak bym miala napisac, ze sprzatam w domach u ludzi ;) No wlasnie, bez wiekszych ambicji na razie, poniewaz moj ustny niderlandzki "jak cie moge" ale pisemny to pozal sie Boze i od szkoly trzeba bylo zaczac wspinanie sie na wyzsze szczeble kariery zawodowej. Tak wiec i do szkoly na kurs sie zapisalam, a co mi ;))) dwa razy w tygodniu, wieczorowo zajecia, na ktorych oprucz planowych zajec nauki jezyka mamy nadplanowe zajecia ze smiechoterapii :) Nasz Mister "dwoi sie i troi" aby lekcje nie byly nudne. Z Angelika w srode, w zwiazku ze ten dzien jest tu "krotki" po zajeciach w tutejszej szkole dojezdzamy do Antwerpii na nauke jezyka polskiego, matematyki i religii - cale popoludnie. Podczas gdy ona uczy sie pilnie materialu z pierwszej klasy programu podstawowego (tu 1 dzien w tygodniu a material taki jak w Polsce, tygodniowego nauczania) ja musze czekac na nia, poniewaz do domu nie oplaca mi sie wracac. To zaden z reszta powod dla mnie do zmartwien, bo szkola znajduje sie w poblizu centrum sklepowego, glownej i bardzo znanej ulicy handlowej ;(  i to zmartwienie dla mojego meza, bo juz on wie najlepiej, ze ja takiej okazji nigdy nie przepuszcze i zazwyczaj z pusta reka nigdy do domu nie wracam.

To na tyle na dzisiaj, bo wczoraj zaczelam robic ten wpis a dzis koncze go prawie "na kolanie" a czas juz mnie nagli aby do mojej szkoly sie szykowac. Pozdrawiam moich przyjaciol i tych wszystkich, ktorych zaniepokoil moj ostatni wpis.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

"Smutek"

wtorek, 02 września 2008 19:08

 

Jestem... na chwilke... wyzalic sie chcialam, ale nie wiem czy potrafie pisac o tym tutaj... za bardzo mnie znacie, zbyt wiele wiecie. Nie chce przypadkiem uslyszec od kogos z Was, ze - "mam swoj los na wlasne zyczenie". Ten bloog przestal juz spelniac swoj pierwotny cel... wypalil sie... tak jak wypalilo sie zycie Bartusia. 

W natloku codziennych, przykrych zdarzen przestalam juz dostrzegac swiatelko w moim "tunelu zycia". Czasem mam ochote otworzyc okno "swojego" domu i krzyczec na caly glos "Ludzie jak mi jest zle!!!" Nie chce wnikac w szczegoly... analizy... zbyt wiele dzis we mnie pretensji, goryczy, zalu i trudno w tym wszystkim o objektyzm.

Musialam dzis zrobic ten wpis, choc pozostalo mi jeszcze tyle zaleglych... z pieknych wakacji w Polsce... ale nawet wspomnienia czlowieka nie ciesza i rozmawiac sie o tym nie chce, kiedy w sercu smutek.

Wstawilam nowy podklad muzyczny, ktory bedzie dopelnieniem mojego wpisu... posluchajcie.  

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (13) | dodaj komentarz

"Kiki"

poniedziałek, 25 sierpnia 2008 23:26

 

Witam serdecznie Tych wszystkich, ktorzy cierpliwie zagladali na mojego bloga z mysla ze zastana jakis nowy wpis ;) oraz wszystkich pozostalych - witam po dlugiej przerwie.

Wiele sie dzialo w ciagu ostatniego miesiaca i gdym chciala choc o wszystkim po trochu napisac... oj... nocki mi by bylo malo ;) dlatego zaczne po kolei, az sukcesywnie dojde do chwili obecnej...

Przed wyjazdem do Polski na wakacje, STRACILISMY naszego pupilka Kiki... dostal niestrawnosci najprawdopodobniej po tym jak najadl sie mokrej trawy, a ze juz od dluzszego czasu mieszkal na dworze, to takiej ewentualnosci mozna sie bylo spodziewac, choc w czasie deszczow zabezpieczalam klatke, by nie mial jej za wiele. Nawet nie mielismy szans aby mu pomoc, bo caly dramat zdarzyl sie w nocy a rano znalazlam naszego kroliczka martwego w ogrodzie, po tym jak zapewne stoczyl zawzieta walke z klatka, aby sie z niej wydostac i skonac na wolnosci ;(((

 

 

 

Prawie dwa dni mi zajelo, aby ja dla niego zbudowac i nie ukrywam, ze bylam dumna z mojego dziela :) Po ostatnich jego wybrykach z napastowaniem "seksualnym" na Kristel wlacznie i parokrotnych ucieczkach, chcialam miec pewnosc, ze z tej klatki sie nie wydostanie.W taki okres zaczal wchodzic, gdzie to natura budzi instynkty znane doroslym osobnikom i wymykal sie parokrotnie pod oslona nocy w poszukiwaniu podobnych sobie osobnikow. Za pierwszym razem, zupelnie stracilismy nadzieje, ze kiedykolwiek go odzyskamy, a kiedy rano razem z Gela udalysmy sie na poszukiwanie "uciekiniera" doslownie jak z pod ziemi wyszli nam na przeciw sasiedzi z kartonem po "pampersach" w ktorym oczywiscie siedzial nasz a jakze "wystraszony" Kiki. Kolejnym razem nie uciekl tak daleko i pobliski sasiad zawrocil go z drogi, ku naszej ogromnej wdziecznosci. Nastepne trzy ucieczki zaprowadzily go prosto do celu :) gdzie dwa podobne jemu osobniki odsiadywaly dozywocie, ale ku niewiedzy naszego Pupila takze plci meskiej, bo inaczej zapewne szukal by innego adresu ulokowania swoich porywczych uczuc. Na szczescie jednak dla nas za kazdym razem pozostawal na "warcie" do samego rana, a wraz ze switaniem za kazdym razem odniesiony do nas z powrotem przez zyczliwych i wyrozumialych wlascicieli owych przyjaciol niedoli naszego Kiki. Za trzecim razem zrobilo mi sie bardziej niz niezrecznie, bo taki maly kroliczek to nie powinien chyba rzadzic sam soba?... i objecalam jemu  i sobie w duchu, ze upieke na pasztet jak znowu nam zwieje... i juz nawet zaczelam myslec jak go tu przyprawic ;))) kiedy i tym razem zobaczylam klatke pusta. Po chwili jednak pozalowalam swoich zartow. "Bartus nam pozazdroscil Kikusia i zabral go do Nieba" - taka wersje przyjely dziewczynki i szybko przeszly nad tym do porzadku dziennego. A swoja droga co takiego mu sie nie podobalo w tej klatce???

A zaraz po powrocie do Belgii, kupilismy nowego Kiki, na szczescie, lub nieszczescie ze zwierzetami tak mozna :) i od dwoch tygodni mieszka z nami - jeszcze w domu - biala pieknosc o niebieskich oczach! Tylko maly szczegol na ktory nie mielismy duzego wplywu - to tez osobnik plci meskiej ;)

  

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (15) | dodaj komentarz

"Pozdrowienia z Pomorza"

sobota, 26 lipca 2008 17:02

Kochani...
Dlugo by opowiadac jak milo spedzamy wakacje... pierwszy ich tydzien byl naprawde pracowity, a i kolejny nie zapowiada sie inaczej...
Dzis nie napisze nic wiecej bo czas mnie goni, a wpadlam tylko na chwilke przeslac Wam pozdrowienia... moc goracych, pachnacych polskim latem, slonecznych pozdrowien!!!

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Mialo byc krotko ;)

niedziela, 06 lipca 2008 18:23

Winna Wam jestem krotka relacje, choc kto by mnie nie znal, ten by uwierzyl, ze ona krotka bedzie ;)))

Jesli ta notka nie ujrzy "swiatla dziennego", to tylko z powodow natury technicznej, bo przyszlo mi pracowac na "komputerze meza" - taki dostal tytul po tym incydencie jak zalapal "wirusa giganta" - a to dlatego, ze tylko Luc ma dla niego tyle cierpliwosci aby po trzykroc restartowac "mozga" zeby zlapac lacze z netem. Skonczylo mi sie bezkarne wirtualne buszowanie w sieci na laptopie Bartunia, bo... z komunikatu moge wywnioskowac, ze system Windows poszedl na urlop ;( i nic na to poradzic nie moge, bo w BIOSIE to juz "zielona" jestem... na szczescie do czasu, kiedy nasz urlop sie zacznie. Zabieramy "Przyjaciela" do Polski, a tam juz sie nim zajma odpowiednie "jednostki".

I juz do konkretow..., bo skoro czytacie, to znaczy, ze wpis sie udal ;)

W poniedzialek wieczorem pozegnalismy Naszych Gosci z lezka w oku i z wkradajaca sie juz tesknota do naszych serc za Kacpuniem i jego wspaniala Mama. I nie pisze tak tylko dlatego, bo nawzajem czytamy swoje blogi ;))) Agatko :) ale dlatego, ze w Agacie odkrylam swoja "bratnia dusze". Mialam juz z reszta takie wrazenie wczesniej, podczas naszego korespondowania, ale kiedy po raz pierwszy zobaczylysmy sie na lotnisku w Brukseli... to tak jakbym znala Ja od 100 lat. Juz "na dzien dobry" Kacperek usciskal mnie za szyje i poglaskal po wlosach, az ciarki mnie przeszly, bo podobno nie jest az taki "rozzutny" w swoich uczuciach. I skradl mi tym serce, az na sama mysl o tym dziecku robi mi sie slodko. Pomimo, ze natura stworzyla Go "troszke odmiennym" to dala mu w zamian to "cos'' czym budzi podziw. Zebyscie wiedzieli jak slicznie sie umie zajmowac soba, majac do dyspozycji jedyna tylko grzechotke... potrafil nia krecic na swoim ramieniu obracajac zwinnie w paluszkach. Moje dziewczynki patrzyly z podziwem na Kacperka i bezskotecznie probowaly nasladowac owa czynnosc. Juz pierwszego ranka wiedzialy, ze Chlopczyk nie bedzie sie z nimi bawil tak jak ich rowiesnicy, wiec to one przejely inicjatywe. Kazda na swoj wlasny sposob zabawiala Kacperka, nie szczedzac przy tym serdecznosci i calusow. Pozwole sobie wstawic pare fotek, nie pytajac wczesniej o zgode ;))) Agaty - napewno nie mialaby nic przeciwko.

 

 

I jeszcze jedno z wycieczki nad morze...

 

Agatka od pierwszej chwili zyskala od Kristel tytul "Bacia", choc bylo mi z tym niezrecznie - bo gdzie jej tam do Babci, ale rozumiem po czesci Krysztalka, bo tak jakby podobienstwo i cieplo jakie bije od Agi moglo przywolac wspomnienia o Babci Luci.

Po pierwszej Kacperka wizycie w UZ Gent w czwartek, bylismy pelni optymizmu i nadziei. Lekarze obeszli sie z nami z nalezyta troska i uwaga a nawet wzieto pod uwage czas na jaki Agata i Kacper przyjechali do Belgii oraz aspekt natury finansowej, poniewaz przyjechali tu na wlasny koszt bez zgody NFZ. Juz w poniedzialek rano ustawione bylo badanie, po ktorym lekarz gastrolog miala "jasny" obraz przewodu pokarmowego, gornego odcinka. I w tym momencie mama Kacperka musiala uslyszec te slowa, ktorych uslyszec nie miala nadziei - "w niczym nie mozna tu pomoc, niczego juz naprawic"..., bo w zasadzie choc mamy do czynienia z "lustrzynym odbiciem" narzadow wewnetrznych, to ich funkcjonowanie mozna uznac za <prawidlowe> a dolegliwosci minimalizowac za pomoca diety i preparatow ulatwiajacych wyproznianie... bo z tym jest najwiekszy problem. Agacie zalezalo jeszcze na innym badaniu, aby miec 100% obraz, ale na owe juz lekarz nie chciala sie zgodzic i to by bylo na tyle... nie pisze o tym z wielkim entuzjazmem bo i nie ma ku temu powodu, z inna nadzieja leciala do Belgii moja kolezanka a moze i ja sama zbyt bardzo ja nim zarazilam, ze niby tu w Belgii "cuda sie zdarzaja". I w naszym wypadku, do tego nie doszlo, bo jesli inaczej to Bartus bylby dzis z nami a nie tam u "Niebieskiego" gdzie Aniolkow przeciez pod dostatkiem... Ale tak mialo byc, aby moj Aniolek wybieral dla mnie sciezki, ktorymi mam podazac. Przyznam sie Wam w sekrecie, ze w oczach Kacperka widzialam Jego cien...

W dzien przed zakonczeniem roku szkolnego, klasa 5B do ktorej uczeszczalby Bartunio, zlozyla mu wizyte na cmentarzu. Wiedzialam o tym wczesniej, tak na wszelki wypadek uprzedzila nas nauczycielka Geli, czego mozemy sie tam spodziewac. I rzeczywiscie... zastalismy tam wzruszajace listy, sliczne kartki i papierowe kwiatki... zrobione wlasnorecznie przez kolezanki i kolegow Bartusia.

To bardzo mily gest, zupelnie sie tego niespodziewalam. W rewanzu Angelika zaniosla dnia ostatniego cukierki dla calej klasy Bartka z podziekowaniem za pamiec.

Od kilku dni moja uwaga skoncentrowana jest na szyciu sukienek dla malych Ksiezniczek z DD. Na stanie mam juz 6 sztuk, drugie tyle przede mna. Nawet niezle sie przy tym bawie - wspomnialam niby zartem mojemu mezowi, ze to jest cos co mnie kreci i moglabym pracowac przy szyciu strojow teatralnych, a on z racji, ze piastuje funkcje listonosza i wie wszystko co w okolicy "piszczy", zaraz calkiem na serio mi mowi: "Chcesz, to ci zalatwie rozmowe w tej sprawie, bo listy nosze takim co z teatrem maja wiele do czynienia" :))) Hmmmm - jak dobrze miec meza listonosza ;) nie wspominajac narazie o tych nadgodzinach co za "friko" robi, bo czas bogaty mamy w same promocje, o ktorych pelno w reklamowych folderach i katalogach firm wysylkowych ;) ktore razem z listami trzeba do skrzynek powrzucac.

Wprawa jednak czyni mistrza wiec moze juz w krotce, o 13-tej godzinie bedziemy jadac wspolne lancze.

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (16) | dodaj komentarz

"Dobra passa"

środa, 18 czerwca 2008 9:29

 

Juz dzis wieczorem spodziewamy sie gosci "specjalnych"... udalo sie!!! i mam nadzieje, udawac sie bedzie do konca, bo to przeciez moze byc poczatek nowego zycia dla Kacperka. 

www.kacperekzielinski.bloog.pl 

Umowilam nas na wizyte do gastrologa w UZ Gent, czyli tam, gdzie leczyl sie Bartus. Modle sie abysmy trafili na lekarza z prawdziwego zdarzenia, choc wiem i jestem przekonana o tym, ze tam przede wszystkim tylko tacy pracuja. Zobaczymy co przyniesie nam ten tydzien, ale oprucz niewiadomych... objecuje, ze moi goscie nie beda sie nudzic.

Poza tym, jednak najwazniejszym... ostatni czas byl bardzo pracowity dla mnie. Pisalam kiedys, ze koresponduje z Magda z DD oraz innymi malymi wychowankami. Pamietam o ich urodzinkach, wtedy wysylam kartki i male prezenty, osobiscie sprawia mi to ogromnie wiele satysfakcji i nie watpie, ze dzieciom rowniez. Ostatnio wpadlam na pomysl i wyslalam list do dzieci z okazji Dnia Dziecka z zapytaniem do dziewczynek. Poprosilam o projekty na kartkach papieru wymarzonych "ksiezniczkowych sukienek". Odzew byl duzy :) Dostalam 12 pieknych rysunkow i nie lada zadanie przede mna, zwlaszcza, ze czas goni a do polowy lipca tuz tuz. Nie musze chyba dodawac, ze suknie "wyjda spod mojej reki". A chlopcy...? a chlopcy na pocieszenie dostana rolki, nowiutkie, ladne rolki i mam nadzieje, ze sobie na nich nie polamia nozek, bo...to juz zupelnie pokrzyzuje mi plany, o ktorych przeczytacie dalej. Planujemy wakacje (okolo 3 tyg) w Polsce a 19 lipca bedziemy bawic sie na weselu mojego Brata. Och...co to bedzie za slub! Juz sie nie moge doczekac! Poza tym ostatnio przybylo nawych "czlonkow" w rodzinie i nie zdazylismy sie jeszcze poznac, prawda Wikuniu? Z Kacperkiem, tez sie widzialam tylko w szptalu, w dniu naszego powrotu do Belgii po swiatecznym urlopie. Sliczne dzieci... bo Nasze ;))) 

Z moja "Mloda Przyjaciolka" z DD mialysmy nadzieje, ze bedziemy mogly pare dni spedzic razem w Polsce u moich Rodzicow, ale... i ta sprawa spedza mi sen z powiek. Nie jest latwo uzyskac pozwolenie na "wakacjowanie" dzieci i ja to staram sie rozumiec. Nie mniej jednak zrazilam sie do Dyrekcji i to troche juz zanim mialam okazje osobiscie porozmawiac z I Vice przez telefon. Gdyby zainteresowal Was ten temat, odsylam na bloga;

www.mojeobcedzieci.bloog.pl

Jestem w trakcie zbierania opinii na swoj temat... a tak miedzy nami pierwsza od p. Dyrektor polskiej szkoly w Antwerpii jest juz w drodze do DD. Podeszla z entuzjazmem do mojej prosby za co jestem jej bardzo wdzieczna i nie tylko za to. Ona rowniez, jako jedna z pierwszych osob wyciagnela swoja pomocna dlon w czasie leczenia Bartusia. Dzieki niej "lawina z ludzi dobrych serc" potoczyla sie dalej. Licze na opinie z Konsulatu, oraz p. Psycholog z AMG, gdzie Bartus przechodzil pierwsza chemioterapie. 

Czy Waszym zdaniem mam szanse u Dyrekcji DD??? Przeciez to tylko 5 dni, a jakze duzo dla 16-latki... znalezc sie w normalnym swiecie, "w srodku" kochajacej sie rodziny. Ja mam naprawde szczere intencje a w sercu wiele milosci, ktora chce sie podzielic!

Zyczcie Nam Kochani powodzenia. I juz lece przgotowac dom na przyjecie moich Wyczekanych Gosci.

Ale, ale...wiadomosc zostatniej chwili... wieja dla nas pomyslne wiatry ;))) Moj maz pozytywnie przeszedl przez rozmowe kwalifikacyjna. Od jutra zaczyna prace jako listonosz :)))

I smiac sie ze mnie beda wszyscy, ze dziecko mam z listonoszem ;))))

Calusy dla wszystkich... dzis mam szczesliwy dzien :)


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (13) | dodaj komentarz

"Na raty pisane..."

poniedziałek, 02 czerwca 2008 10:38

 

No tak... chcialam cos napisac, zostawic slad przezytych minionych wrazen - a kasuje juz po raz kolejny pierwsze zdanie wstepu... zupelny brak natchnienia ;)

No dobrze... sprobuje sie rozwinac :)

Ostatnie dni zaliczyc moge do tych, podczas ktorych, czlowiek mowi sobie "nie chce mi sie dluzej zyc" i wcale nie zamierzam rozwijac tematu, bo dzieki Bogu moja rownowaga psychiczna wraca do normalnego poziomu. Nie sprzyjala ku temu ani pogoda - "barowa", ani moje samopoczucie fizyczne - moj organizm walczyl z przeziebieniem a potem z migrena, ani relacje z mezem - ktore ostatnio zostaly poddane probie "na wytrzymalosc" ale... mialam nie rozwijac przeciez tematu a brne coraz glebiej :)

Po prostu nie pamietam jak dawno temu czulam sie tak fatalnie... i na tym zdaniu temat zamykam!

Przelomowym dniem na szczescie okazala sie sobota i nasze odwiedziny u bardzo dobrych Znajomych. Juz na samym wejsciu poprosilam o szklanke wody i wrzucilam do niej Solpadeine - jedyny lek usmierzajacy moje bole migrenowe, a juz pozniejszy wspolny spacer do centrum miasta Gent przyczynil sie do zdecydowanej poprawy mojego samopoczucia.

Degustowalam sie urokliwym widokiem starego miasta o sredniowiecznej architekturze spacerujac brzegiem Gendawskiego kanalu...

 

Sliczne miasto... i pomyslec, ze wczesniej kojarzylo mi sie tylko z klinika UZ, w ktorej wiele miesiecy leczyl sie Bartus. Nie w glowie wtedy mi byly wycieczki krajoznawcze ;( 

W niedziele obudzil nas sloneczny ranek... moje wytesknione sloneczko :) tego mi bylo trzeba, aby wstapilo we mnie od nowa "zycie".

Moj maz wybral sie na coniedzielny trening - probuje odnalezc zatracona kondycje na gorskich potyczkach rowerowych, a ja i dziewczynki standardowo na niedzielna msze swieta - w niderlandzkim wydaniu.

Szkoda, ze czasem siedze tam jak "na tureckim kazaniu" - niewiele z tej mszy wynosze dla siebie ;( a konkretnie - przez niezupelne rozumienie tematu, ale sama obecnosc w Domu Bozym, daje mi satysfakcje.

Poznym popoludniem, korzystajac, ze sloneczko slicznie jeszcze grzalo wybralismy sie na wycieczka rowerowa. Jak zwykle przewodnikiem naszym byl Papa, bo nie ma drugiego lepszego takiego ;) i tak nam pomieszal w glowie - przez lasy, laki, wzdluz autostrady i kanalu Alberta... az w koncu w miescie odleglym od nas o jakies 10 km odzyskalam orientacje w terenie :)

Angelika - z natury straszny "niejadek" zazwyczaj wtedy dostaje "wilczego glodu" i juz nie mogla sie doczekac najblizszej "fryturni" i porcji frytek. Z kad inand dobrze trafila mieszkajac tutaj, bo wlasnie Belgowie sa odkrywcami tej jakze popularnej na calym swiecie potrawy. Potrawa??? nie pasuje - smazony kartofel :) dla mnie tak bynajmniej, choc i ja je lubie, ale tutaj to czyste szalenstwo. Fryturnie "rosna sie jak grzyby po deszczu" i kazda ma swoich klientow...Chyba nie te czasy, ze frytki robi sie w domu - obierajac najpierw ziemniaki, potem je krojac i smazac na oleju... nawet frytownice wysylaja tu na "manowce". A swoja droga, moja jeszcze czasem nam sluzy, po tym jak dostalam lekcje szkoleniowa od mojego meza - smazenia frytek ;))) No kto by pomyslal, ze to taka "filozofia"? a poooodobno "smak bardziej subtelny" - z calym szacunkiem - nie widze (nie czuje) roznicy ;)))

Kola zawiozly nas do fryturni - niby takiej normalnej jak kazda inna, ale... nie dla mnie... ;(  Ostatnio bylismy tam z Bartuniem, podczas "Dnia spelnionych marzen" przez fundacje "Make&Wich". Nie wiem dlaczego dalam sie namowic na wlasnie to miejsce... lzy ciekly mi po twarzy, ktore bezskutecznie probowalam ukryc pod ciemnymi okularami. Moj maz patrzyl na mnie ze zdziwieniem... jakby nie rozumial dlaczego jest mi smutno. Moze i jestem sentymentalna ale kto by nie byl??? 

Musialam wyjsc do toalety, aby ostudzic emocje zimna woda... nie wiele pomoglo, i juz do konca naszej siesty w glowie klebil sie szmer wspomnien z 26 sierpnia... taki realny, ze az mnie to przerazalo. Widzialam to krzeslo na ktorym wtedy siedzial moj Synus... nawet zdawalo mi sie, ze dalej tam siedzi... zludzenie, obraz zapamietany z fotografi??? Przy wyjsciu zauwazylam maskotke firmowa fundacji - te sama ktora Bartus wreczyl Wlascicielom fryturni na pamiatke tego wyjatkowego dnia. Wspomnienia wrocily jak bumerang... i gdyby nie wizyta z jaka zapowiedzial sie Tata Angeliki z okazji "Dnia Dziecka" pewnie nie moglabym myslec o niczym innym do samego wieczora.

Gela byla "w niebo wzieta", ze Tata pamietal i oslodzil jej ten dzien swoja wizyta i paczka ze slodyczami... A i ja musze powiedziec, ze pamieta... czesciej niz bylo to kiedys... zapewne sprzyja temu jego praca w Holandii, oddalonej zaledwie ...dziescia km od nas. Szkoda... ze jak zyl Bartus, nie chcial pamietac o tym, ze dzieci tez czekaly...

  

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (12) | dodaj komentarz

"Dzis sa Twoje urodziny"

niedziela, 18 maja 2008 1:17

 

 

12 Lat temu na swiat "przyszlo" Szczescie. Moj Skarb...najwiekszy, najkochanszy i nie do konca odkryty - Bartus - takie imie dostalo Nasze Szczescie.

 

 

 Pamietam jak siostra polozna spytala mnie, czy wlasnie to na swiat przyszedl Karolek. Jasne, ze nawet nie bylo mi w glowie wiedziec w owej chwili, ze obchodzimy wlasnie kolejna rocznice urodzin Jana Pawla II... podobno wszyscy chlopcy urodzeni w tym dniu mieli miec nadane to imie. Ale ja nie chcialam "tak jak wszyscy", choc to taka moja dziwna przekora... I nie mialam nigdy... bo moj Synek, byl naprawde inny niz wszystkie dzieci ;)

Nie bylo osoby, ktora by obojetnie przeszla obok niego, nie komentujac z zachwytem jego "wielkich czarnych oczu". Nasz pediatra, zalecil nawet "szorowanie szrobrem" :)

 Jak byl malenkim chlopcem, moja Mama zwykla na niego mowic "Maly Stary", bo i tak bylo...

Nawet ubranko mial jak dorosly mezczyzna z muszka przy kolnierzyku...

 

 

Najlepsza jego zabawka byla "komorka" taty - do czasu, kiedy nie spadla mu na betonowa posadzke a upadek lekko uszkodzil aparat. Bardzo przezywal ten fakt, choc mogl miec moze jakies 2 latka. Po tym fakcie, najwiecej radosci sprawialo mu rysowanie telefonu komorkowego - na kartce, na piasku, na betonie - na scianach w domu nigdy w zyciu :) "Co ci mam narysowac Kochanie" - "komule" a tu ma byc "przyciski", a tam "antena" - zawsze musiala byc kompletna :)

Pamietam jak dlugo sadzil, ze slowo "Kobieta" to jakies przeklenstwo... tak, haha. Jego tata zwykl czasem ze mna zartowac i nazywal mnie wtedy po imieniu jakim natura mnie stworzyla. Bartus zalapal zart i jak sie na mnie zezloscil to mowil "Ty Kobietooo" Bardzo mnie tym rozbawial. Od zawsze mial ciagotki do elektroniki, tak wiec i kamera nie pozostawala obojetna jego zainteresowaniom. Kiedys robilam mu film a on koniecznie chciala ja dostac do reki i tak marudzil, marudzil, ale ja bylam nieugieta w postanowieniu, ze dla 3 latka to zbyt droga zabawka... az w koncu uslyszalam - to co chcialam chyba, haha "Daj mi te kamele ty kobieto" Kolejna partie filmu trzebabylo obciac, bo zbyt trzesla sie kamera, kiedy nie moglam dluzej juz powstrzymywac smiechu.

 

 

 Bartus, lubil porzadek i juz od najmlodszych lat, z reszta moja w tym zasluga... przybiegal do mnie trzymajac w raczce uszkodzona ksiazeczke, peknieta zabawke i razem zesmy naprawiali.

Kiedys zobaczyl w progu naszych drzwi moja kolezanke, ktora zaprosilam na kawe z synkiem, prawie jego rowiesnikiem - spontanicznie zawolalal - bardzo juz rozgniewany "O nie znowu bede musial sprzatac!"

Natychmiast dostal za to ode mnie nagane, ale kiedy kolezanka opuscila juz nasze mieszkanie musialam zwrocic dziecku przyslowiowy honor. Pokoj wygladal jakby przez niego przeszedl tajfun :)

Kiedy mial jakies 4 latka, kupilismy nasz pierwszy komputer, z meni w jezyku szwedzkim. Kolega nam sprowadzil z zagranicy, mielismy w krote zainstalowac polskiego windowsa. Bartus nie potrzebowal :) Nauczyl sie obslugi w jezyku szwedzkim, nie znajac nawet polskiego, haha

Dosc dlugo musial czekac na swoj wlasny. Bardzo sie rozplakal, kiedy zaistniala szansa, aby fundacja "Mam marzenie" w Polsce mogla spelnic takie jego prawdziwe, najwieksze - Laptop - ale okazalo sie, ze nie spelnia kryterium wiekowego. Podobno dzieci musialy miec ukonczone conajmniej 10 lat. Prawie sie obrazil na Panie Wolontariuszki a rozmowe musielismy dokonczyc innym razem. Dostal rower...

http://www.mammarzenie.org/trojmiasto/2005/bartekr.php

 

 

 Kiedy na swiat przyszla jego siostrzyczka, chcial nadac jej imie "Sloneczko" i zawziecie trzymal przy swojej wersji.

Umial juz slicznie odmawiac modlitwe "Aniele Bozy" oraz takie ktorych sama go nauczylam. Potem uczyl ich odmawiania Angelike. Kiedys przy wieczornej modlitwie slysze Angelike - "Kochana Boziu daj wszystkim dzieciom pokoj na ziemi - dla Bartusia niebieski a dla mnie rozowy" - taki byl efekt nauki :)

Bardzo obowiazkowy...

To on pilnowal swojej zabieganej siostry, podczas naszych wspolnych zakupow... nie czekajac na moje polecenie.

Kiedys wolalam ich oboje, bo jedno szukalo drugiego... krzyczalam - "Bartus zostaw ja, jak na chwilke zginiemy Angelice z oczu to sie troszke przestraszy i wiecej bedzie sie nas pilnowac", nie odstapil od niej, a z nerwow, ze nie chciala go sluchac i wrocic do mnie, az sie poplakal ;(

Kiedy na swiat przyszla jego druga Siostrzyczka, dla tej pierwszej znajdowal "mniej serca" z reszta sie nie dziwie... to byl okres leczenia, ktore niszczylo mu nerwy i zabieralo sily... nie nadazal za Angelika.

Widok Kristel natomiast, przysparzal usmiech na jego twarzy nawet podczas, kiedy bardzo cierpial w skutku chemioterapii.

Za to ja nie mialam nigdy wiekszego przyjaciela i powiernika moich zyciowych rozterek. W krytycznym dla mnie... dla nas krytycznym momencie powiedzial - "Mamo co bedzie to bedzie"

 

18 maj 2007

 

jest Synku... dzis sa Twoje urodziny... ale Ciebie juz z nami nie ma ;(((((((

Nasz kochany "Karolek" - do konca pod znakiem Ojca sw - ostatnie porzegnanie Bartusia odbylo sie 16 pazdziernika, w dzien wyboru Karola Wojtyly na Papieza. Czy to tylko zbieg okolicznosci, czy niesie ze soba jakas symbolike? 

http://www.wrzuta.pl/audio/r9kxGwM13T/ryszard_rynkowski_-_dzis_sa_twoje_urodziny

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

"Zbyt wiele wrazen jak na krotki miesiac"

sobota, 17 maja 2008 21:51

 

Naaareszcie... znowu moge byc u siebie.

Wiele sie dzialo, ostatnimi czasy... podobno kazdy jest panem wlasnego czasu ale u mnie to wlasnie czas przejal kontrole nade mna. Wiecznie mi go bylo brak... na pierwszym miejscu bylo moje "najpowazniejsze w zyciu" zlecenie. Na poczatku szlo wszystko zgodnie z planem, ale pod koniec i na szczescie ze wlasnie pod koniec - euforia jakby mnie opuscila i pofolgowalam sobie troche. Jakze moglo byc inaczej, skoro z wizyta byla u nas Mamunia. Mialysmy "dla siebie" cale 9 dni, choc w cudzyslowiu jak podkreslilam, bo jednak troszke musialam pracowac. Trafniejsze byloby stwierdzenie ze moje Corunie mialy Babcie dla siebie - niemalze na wylacznosc - szczegolnie Kristelka. Zabawne byly proby porozumiewanie sie jej z Babcia - ona miala przewage nad Babcia, bo pojmuje mowe w dwoch jezykach, natomiast Babcia - hmmmm "a co ona odemnie chce", " a co to znaczy NOG", "a co te OOK znaczy" - miala biedna Babcia przyspieszony kurs niderlandzkiego :) i... wymarzona pogode. Cieplo jak w srodku lata poczynajac od drugiego dnia wizyty i konczac na ostatnim. Poranna kawa spijana na dworze w cieplych promieniach slonca przy muzyce rozswiergotanych ptakow - niezapomniany smak... cudowne chwile lenistwa, a w polodnie temperatura siegala 25 stopni, wiec szukalysmi miejsc zacienionych... objadki z ruszta - ziemniaczki opiekane w foli, szaszlyczki z dodakiem "slaskiej" i kaszanka oraz "tutejsze specjaly", oraz jak twierdzi moja "prawie Bratowa" najlepsze salatki ze swiezych warzyw w moim wykonaniu ;) Slinka naciekla mi na samo wspomnienie. Jak zwykle razem z Braciszkiem postanowilismy zadbac o to by Mamunia zobaczyla kawalek "naszego" swiata. A swoja droga pierwszy raz - wstyd sie chyba przyznac - mialam okazje zwiedzac groty, i to w najpiekniejszym wydaniu jak smie sadzic w Grottes van Han w Ardenach belgijskich. Chyba najlepszym dowodem na to, ze sa naprawde bardzo piekne i zjawiskowe byl podziw samej Kristelki. Jako najmlodsze dziecko z grupy zwiedzajacych i jako jedyna chyba z takim zachwytem na glos powtarzala - krzyczala "Mama mooj" , "Mooj? Mama" gdzie owe "mooj" oznacza nic innego jak ladne, a z przedluzonym ooooo znaczy naprawde ladne. Dodatkowo, czestotliwosc powtarzanego slowa zmuszala mnie ostatecznie do smiechu, choc moj zachwyt nie byl o wiele mniejszy, ale najwidoczniej moja "dwulatka" chciala zarazic swoim entuzjazmem pozostalych zwiedzajacych.

Z samego wnetrza gory - 12m ponizej poziomu w ostatnim stadium wycieczki na zewnatrz wydostalismy sie tratwa, ktora zmierzala ku wyjsciu po 7 metrowej glebinie. Brrrr, nie chcialabym znalezc sie za burta, podczas gdy temperatura w grocie w miesiacach letnich utrzymuje sie na poziomie 12 stopni, pomijajac juz fakt, ze ja panicznie boje sie glebikiej wody, gdzie widocznosc dna jest ograniczona. Ale, atrakcji bylo nam jeszcze nie dosc.....z reszta w cenie biletu bylo jeszcze zwiedzanie malego safarii, kino 3D, plac zabaw dla dzieci .... dzien pelen atrakcji.    

Nie mniej radosci sprawilam Mamie, zabierajac ja ze soba do znanego nam juz obu sklepu z materialami. Mamusi dech zaparlo na widok zielonego jak groszek materialu i jednakowej w kolorze koronki. Wprost wymarzona kompozycja na suknie wieczorowa z okazji wesela mojego Brata. "I slowo stalo sie cialem" - material zostal pociety dnia nastepnego, a kolejnego dnia Mamunia juz wdzieczyla sie przed lustrem, mierzac suknie dla kazdego kto ja o to poprosil :) Rodem z katalogu ;) nie szczedzac komplementow samej "modelce".

Tyle sie dzialo, ze o malo zesmy nie przegapili daty koncertu Kylie Minogue, ktory sie odbyl 7 maja w Sportpeleis w Antwerpii. Od nas to "zut beretem" a ze juz wstyd sie przyznac, ze niezbyt czesto uczestniczymy w takich imprezach, na koncert z przyjemnoscia sie wybralismy. Mamunia pilnowala naszych coreczek, a my jak dwa "wolne ptaszki" pofrunelismy na spotkanie z Kylie. Miejsca mielismy prawie wymarzone, choc bilety kupilismy co nieco po czasie, i jak wiadomo sa tacy co na tym zarabiaja, wiec przyszlo nam zrobic "mala" nadplate. Okolo 6-8 m od sceny widok mielismy super, co prawda maly dyskomfort, bo miejsca byly stojace. Ale zaleta byla zasada jego zajmowania, bo "kto pierwszy ten lepszy" i nie wazne, ze przyplacilam tym samym silnym bolem w krzyzu, od stania w takim bezruchu zanim jeszcze koncert sie zaczal, tak na marginesie z dodatkowo godzinnym opoznieniem ;)  Bylo warto! Super muzyka, super scenografia - Kylie chyba z 5 razy zmieniala przebrania, nie wspominajac ile razy zmieniala sie sceneria. Koncert jak z marzen - brak mi slow! Jeszcze dlugo bylam pod jego wrazeniem i nie powiem, zebym byla wielka fanka piosenkarki, ale lubie posluchac jej muzyki, szczegolnie tej z czasow kiedy bylam jeszcze "podlotkiem". Kelie jednak idzie z czasem postepu i jej muzyka tez nabrala "modernego" oddzwieku. Podczas koncertu dala z siebie - tak sadze - wszystko, biegajac po scenie jak nastolatka i zadziwiajac nas sila swojego glosu, ze az sie nie chce wierzyc, ze jeszcze nie tak dawno borykala sie z powaznym problemem zdrowotnym.

Dwa dni po owym wydarzeniu 9 maja obudzil nas sms od Brata z Polski, co znaczylo, ze wlasnie zostalam, po raz pierwszy Ciocia Bratanicy :))) Moge sie pochwalic, ale w wielkiej tajemnicy ;) ze dzieciatko zostalo poczeta wlasnie u nas w domku podczas podrozy poslubnej Anulki i Damiana. Sliczniutka , malutka troszeczke ponad 3 kg - dziewczyneczka, podobna bardzie do Taty podobna, choc Mamie bron Boze nic ujac nie mozna. (Pisze tak bo i oni czasem czytaja ;)))) Noto sie nam rodzinka powieksza i bardzo dobrze, bo zawsze to lepsze niz w odwrotna strone ;(

Mamunia wrocila do swoich, a ja "na ziemie" i do swojego zlecenia. Ojjj nie polecam nikomu takiego systemu pracy, nie w domu i nie przy mojej Kristel. Ostatnie partie szly jak po "gruzie". Powiem szczerze, jestem wdzieczna za ta prace bo i pieniazki sa zadawalajace, ale przy moim absorbujacym Krysztalku, trzeba miec nerwy ze stali i takie samozaparcie jak....? nie wiem jak to bylo ;) U mnie z tym cienko ;))

Dzisiejszy dzien byl rownie pelen wrazen, co poprzenie tygodnie. Z rana wystep w szkole tanca u Angeliki, do ktorego jak sadzilam nie dojdzie, bo Corus wczoraj w szkole skrecila sobie noge w kostce. Jak wrocila do domu, nozka niezle juz napuchla i wolalam to skonsultowac z lekarzem w szpitalu, liczac, ze zdjecie RNG nie pokaze nic groznego. Tak wlasnie bylo i wystarczyl bandaz elastyczny i wieczorem zimne oklady a juz dzis kicala jak "maly koziolek" z grupa kolezanek, serwujac nam rodzicom porcje zachwytu nad zdolnosciami naszych Iskierek.

W trakcie pokazu niespodziewanie zadzwonil telefon - a jakze, haha- przewaznie dzwoni niespodziewanie - ale ze wlasnie dzwonil Tata Angelika, wiec to juz niemale zaskoczenie. Chcialby nas odwiedzic, bo wlasnie wekendowo przebywa w Belgii, a ze pracuje w Holandii, wiec zapowiedzial juz czestsze wizyty.

Musialam troche przyspieszyc motorek, aby wyrobic sie ze wszystkim na czas i "Eksia" przyjac na salony jak goscia - haha. Przyjechal z Bratem swoim - czas pokazuje, ze ciagle " Syjamscy". Na szczescie mi juz nic do tych ukladow a milo jest czasem tez z eks rodzina sie spotkac.

Zanim zaczelam robic wpis; na stole stala juz upieczona "czarna babka" - ulubiona Bartuni... salatke wazywna tez chyba lubil, wiec z mysla o nim zrobilam, kurczak bedzie piekl sie jutro a Luc wlasnie skonczyl przyzadzac zupe szparagowa - podobno typis Begika - zobaczymy :) A wszystko to po to, ze wlasnie jutro, choc to na moim zegarku juz za minut 15 URODZINY BARTUSIA.

18 MAJA 1996 roku o godz 17.50 na swiat przyszlo moje Szczescie. Gdybym miala wtedy wiedziec, ze tak krotko bedzie mi dane miec je przy sobie :((((((

Bedziemy je swietowac jak kazdego roku i co ciekawe, przyrzadzajac na jutro potrawy czulam za plecami obecnosc mojego Synka. Wiem, ze chcialby je tak wlasnie teraz obchodzic. O godzinie 13-stej odbedzoe sie msza sw. za Bartusia w 12 rocznice Jego urodzin a potem wspolnie z Chrzestnym, Ciocia, Tata, Wujkiem, Papa i Siostrzyczkami odwiedzimy Bartunia, polozymy kwiaty, zapalimy swiatelka dla Bartusia i w domu bedziemy zapewne jeszcze dlugo tylko o nim rozmawiac.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

"Niespodziewajka"

sobota, 03 maja 2008 0:19

 

 Wpadlam na chwilke Kochani, zeby sie podzielic z Wami super wiadomoscia ja sie ciesze jak "gwizdek" i jeszcze uwierzyc nie moge :)))))

Pamietacie jaka zrobilismy niespodzienke w zeszlym roku w sierpniu na weselu Brata?  - Kto by to pamietal??? - male przypomnienie;

Mama prawie zemdlala jak nas zobaczyla i prawie w tej samej chwili pozalowalam, ze taka niespodzianke im zafundowalismy... i przyszla kolej na rewanz Kochani. Wczoraj okolo poludnia miejscowa "prawie-Bratowa" zakomunikowala mi, ze koniecznie musza nas odwiedzic. Nawet mi przez mysl nie przeszlo cos podobnego, zwlaszacza, ze poprzedniego wieczorka rozmawialam z Tatkiem, a ze Mamy nie zastalam bo "niby" na kawie u sasiadki sie zasiedziala, wiec uznalam, ze pomimo moich wczesniejszych propozycji nie ma szans na odwiedziny rodzicow. Nawet juz zapomnialam...Tatko nie wydal sie nawet w myslach, ze Mama juz w autokarze od kilku godzin, do nas kilometry mierzy. 

Nawet moj rodzony "miejscowy" Braciszek nie pisnal slowka, ze taki spisek z Mama uknuli na slodka zemste :)))

Cisnienie mi podniesli na maksa, ze az glowa mnie rozbolala jakby mi ktos "obuchem" walnal. Mama chciala mnie ratowac tabletkami na nadcisnienie, ale jakos sie obylo... pewnie i Ona przez moment pozalowala pomyslu ;)

Taki bol glowy moge miec codzien ;))) 

 

I   


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (15) | dodaj komentarz

"Terapia serca"

środa, 30 kwietnia 2008 12:07

 

Wlasnie popijam poranna kawe...wiem, wiem...dos pozno jesli wziasc pod uwage, ze dla mnie to poranna, ale moj dzien zaczyna sie po osmej a konczy okolo polnocy a pomiedzy koniecznie 8 godzin snu ;)

Duzo trace przez te wrodzone nawyki, szczegolnie teraz to odczuwam, kiedy sama moge kontrolowac swoj czas pracy. Powinnam wstawac o swicie, najlepiej razem z nasza kurka i od razu zabierac sie do "dziela". Jeszcze o tej godzinie Kristel spi w najlepsze a i w pokoju wiele wiecej swiatla naturalnego, ktore nie meczy oczu tak jak ta zarowka co do poznych godzin wieczornych musi pracowac razem ze mna. Ten kto mial doswiadczenia z maszyna do szycia to wie o czym mowie.

Ostatecznie moja praca ma sie ku koncowi i sumujac - poszlo latwo... wg. zalozonego przeze mnie planu. Nie ukrywam, ze musialam miec wiecej samokontroli nad soba, aby plan brzydko mowiac "w leb nie dal".

Jeszcze tylko pare sztuk i drobne prace wykonczeniowe i szkoda... bo nawet to polubilam.

Wlasnie przed chwila zauwazylam jak listonosz wrzuca nam listy do skrzynki.

Wybieglam z nadzieja, ze w koncu znajde tam ten wyczekiwany od mojej nowej "mlodej Przyjaciolki". Dawno z nikim nie pisalam takich dlugich listow... moze poprawie sobie moj charakter pisma ;), bo w dobie komputerow i poczty meilowej palce zrobily sie takie sztywne, ze wstyd sie pochwalic jakie to heroglify wychodza z pod dlugopisa.

I byl... widokowka i zdjecie rowniez. Bardzo sympatyczna, szczera i uczynna, a na dodatek bardzo ladna 16-to latka. Zycie ja skrzywdzilo na tyle bardzo, ze swoje dzieciece lata spedza w Domu Dziecka.

Magda oraz inne dzieci z "Okruszkowa Kasi" staly sie bliskie mojemu sercu juz jakis czas temu. Ten poczatek naszej znajomosci uwazam za symboliczny a sama znajomosc ma dla mnie ogromne znaczenie. 

A bylo to tak...

Kiedy Bartus ostatnie dni swojego "ziemskiego zycia" bardzo juz nie domagal i wiecej czasu spedzal w lozeczku, jednym z niewielu mozliwych dla niego rozrywek byl wlasnie ten komputer i lacze ze swiatem wirtualnym.

Usiadlam kiedys na jego lozeczku i przejelam na chwile komputrer, aby sprawdzic poczte blogowa. Chwila przeciagnela sie w czasie bo natknelam sie przypadkiem na bloga Kasi, ktory to bardzo mnie zainteresowal. Czytalam najpierw po cichu a potem na glos Bartusiowi o dzieciach z Okruszkowa - trafnie nazwanych przez Nasza Wielka Bohaterke - i tu przy okazji chyle czola przed tak mloda ale madra i bogata duchowo osoba jaka jest Kasia. Mozna sie domyslec, ze chodzi o te okruszki - milosci, dobra czy tez rzeczy materialnych jakie owe dzieci otrzymuja od swoich najblizszych czy tez od osob obcych, przypadkowych, ktore z przejawow dobrego serca i ludzkiego odruchu chca uczynic cos dobrego dla tych niewinnych, skrzywdzonych przez zycie, osieroconych dzieci. Wlasnie czasem sa to takie okruchy, tego co nam zbywa w domu - odziezy, zabawek i innych jeszcze. Niewielu jest takich jak Nasza Bohaterka, ktorzy potrfia tak bezgranicznie poswiecic calego siebie dla innego istnienia. No coz w wiekszosci to kwestia przypadku i miejsca w ktorym dane nam bylo sie znalezc i biorac do tego pod uwage wrazliwosc serca i wrodzone cechy charakteru...

Nie wszyscy jestesmy stworzeni do takich "Misji", ale kazdy z nas moglby bynajmnie choc raz sprobowac.

Ja wiem jedno, ze byc moze to przypadek lub nie, ze wlasnie wtedy kiedy Bartus powoli zegnal sie z "naszym" swiatem, bylo nam dane porozmwiac o tym jak bardzo rozni sie nasze zycie a zycie dzieci z "Okruszkowa". Nie jest to przeciez jedyny Dom Dziecka na swiecie i badzmy szczerzy, ze jest ich stanowczo za wiele, biorac pod uwage ogolna wielkosc problemu spolecznego, ale wlasnie na blogu Kasi mozna doslownie zobaczyc z bliska jak wyglada tam zycie. 

W rezultacie Bartus przytaknal na moja propozycje, aby podzielic sie z tymi dziecmi naszymi "okruszkami materialnych radosci"... i to byl ten pierwszy krok.

Dzis, choc minelo juz prawie 7 miesiecy od tamtej chwili...i tylko ja wiem jak bylo "nie latwo", jedyne z nielicznych chwil szczescia jakie umiem przezywac, daje mi satysfakcja, ze moglam zrobic po katolicku ujmujac - jakis dobry uczynek. Niewyobrazalnie przyjemne uczucie, ktore rozgrzewa moje serce prawie tak mocno, jakbym do niego tulila mojego Bartusia... Wiem, ze jeszcze to kropla w morzu moich mozliwosci, ale malymi kroczkami chce osiagnac wiecej - stwierdze samolubnie - po czesci dla swojej satysfakcji, ale przede wszystkim, aby niesc nadzieje tym, ktorzy byc moze wlasnie poczuli sie bardzo opuszczeni.

Mam nadzieje, ze Bartus mi w tym pomoze :) 

 

  


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

''W urodzinowym klimacie''

wtorek, 08 kwietnia 2008 10:30

 

Dochodze do coraz wiekszej wprawy i wstepny wynik mojej pracy jest conajmniej zadawalajacy. Pisalam wczesniej, ze jestem pochlonieta szyciem, nie moge jeszcze wspomniec czym dokladnie, bo jak ktos mi bliski zasugierowal  a przeciez pewnosci nie mam kto jeszcze zaglada na moja strone, wiec narazie wszystko odbywa sie anonimowo.

Dodac musze, ze w domu wszystko stanelo troche ''do gory nogami''.

Polowe salonu zaadoptowalam na swoja pracownie i wszystko byloby dobrze, gdybym mogla jeszcze oddzielic sie murem, bo praca wymaga ode mnie skupienia i spokoju a przy Naszym Krysztalku raczej trudno w jednym pokoju o taka izolacje. Na szczescie, choc moze w koncu musze napisac - nieszczescie, moj maz ciagle w domu. Jakos przez ostatnie miesiace, choc zrobilo sie juz ich tylem, ze powinnam raczej napisac lata nie moze nigdzie na dluzej zagrzac sobie miejsca.

Nie musze chyba dodawac, ze przy moim temperamencie ''pracusia'' wyrobilam juz sobie zdanie na temat tej dziedziny zycia mojego meza. Zawsze uwazam, ze trzeba rzeczy nazywac po imieniu, wic bez ogrodek - nieliczna z wad jakie posiada moj Skarb jest lenistwo i to przez duze L.

No, ale wracam do tematu. Owszem pierwsze dni mojej ''misji'' nie nalezaly do spokojnych, bo musielismy sobie jasno wytlumaczyc, ze ja teraz zarabiam na chlebek dla nas - a tak na marginesie, tu kosztuje niebagatela drogo 2 euro za kilogramowy, pszenny bochenek - wiec pozostale obowiazki domowe przekazuje pod picze mojego Slubnego. No... kto by mnie nie znal, to uwierzyl by w zapewnienia, ze nie mam zadnych zastrzezen do naszego nowego ''zarzadcy'' domu ;)

Natura obdarzyla mnie tendencja do nadmiernej zgrzedliwosci i mimo usilnych checi zmienic w sobie tego nie moge ;)

Za to nie omieszkam wspomiec o moim ogromnym zadowoleniu z zachowania Angeliki. Po prostu dziecko ''dwoi sie i troi'', aby mamusi pomoc jak najlepiej i jak najwiecej. Nawet dostala funkcje krojenia pewnych czesci ubioru z resztek materialu. No po prostu robi to znakomicie, czyzby corus lapala juz bakcyla przekazywanego w mojej rodzinie z pokolenia na pokolenie?

A jaka kawusie robi dla mamci mmmm...wystarczy slowko a leci dziecko ''zlote'' do kuchni jak na skrzydlach i za momencik serwuje mamuni kawke na spodeczku z obowiazkowym ciasteczkiem z boku :)  Musze dodac, ze dzis wlasnie konczy 7 wiosenek i jak na swoj wiek jest niezwykle rezolutna i madra dziewczynka. Niestety zaczelam to dostrzegac dopiero w momencie jak Bartus odslonil mi troche ''nieba'', ktore zaslanial calym soba. Dotychczas Angelika zyla w cieniu swojego Braciszka pokorna jak baranek, choc czesto - nie rozumialam jeszcze wtedy tego dlaczego - pokazywala nam te swoje rozki. I tak ku przestrodze dla innych - jak potrafi byc slepa matczyna milosc...Z kad inad sytuacja tego wymagala i absolutnie nie mam wyrzutow sumienia.

Wiec Coreczko moja kochana - bo dzis mamusia pozwoli Tobie przeczytac zyczenia swoje z takiej nietypowej kartki jaka jest moj ''blogopamietnik'' -

DUZO W ZYCIU SLONKA,

SMUTKOW MALYCH JAK BIEDRONKA,

RADOSCI WIELKICH JAK SMOK

I TAK SKARBIE PRZEZ CALY ROK.

@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--

Prezent urodzinowy, wyyyymarzony od kilku miesiecy, Gelus dostala juz w sobote - samolot Polli Pocket z mode szow dla ''anorektycznej'' laleczki. Przyznam, ze zabawka warta swojej ceny i skladajac ja razem z Gela zachodzilam w glowe nad pomyslowoscia tworcy.

Tatus upiekl wczoraj ciasteczka i babeczki czekoladowe i Corus pognala dzis do szkoly swietowac swoje urodzinki z kolezankami i kelagami z klasy. A w sobote male party w domu z scisle okreslona liczba malych gosci. Brak mi zupelnie pomyslow na atrakcje, bo moda na tutejsze przyjecia dla dzieci w domu zupelnie ''odeszla juz na Lamusa'' a jesli juz, to program imprezy musi byc nadzwyczaj interesujacy ;)  W zeszlym roku na naszym podworku stanela ogromna pozornie wygladajaca przyczepa, bo w srodku byl tzw. ''malpi gaj'' dla malych szkrabow, basen chinski, drabinki i tym podobne.

Ale, gdyby nie zyczliwosc naszego sasiada, ktory od paru lat zajmuje sie biznesem z atrakcjami na przyjecia dla dzieci i nie tylko - atrakcjami wielkiego kalibru, to nie stac by nas bylo na takie co nieco. W tym roku podworko bedzie puste, bo nie wypada mi znow prosic o przysluge, chociaz z sasiadem mamy naprawde dobre relacje.

Jesli macie Kochani pomysly dla mnie jak zorganizowac dzieciom sobotnie popoludnie piszcie - zabrzmialo prawie jak konkurs, haha - nagroda bedzie... moja wdziecznosc ;)

Pozdrawiam baaaardzo slonecznie.

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

"O wszystkim po trochu"

piątek, 28 marca 2008 21:35

 

No coz... sumujac...

dni swiateczne spedzilismy w milej, rodzinno-towarzyskiej atmosferze. Cieszylam sie perspektywa, ze sniadanko i popoludnie niedzielne spedzimy w towarzystwie zaprzyjaznionej z nami pary przyjaciol - malzenstwo mieszane. Zazwyczaj u nas doroczne swieta spedzalo sie w duzym gronie rodziny i nie ma sie co dziwic, ze jakos dziwnie by mi bylo tak w czworke siedziec przy stole osmio osobowym ;)

Moj maz bynajmniej mogl z kolega rozmawiac w ojczystym jezyku, podczas gdy my z Marta mialysmy sobie wiele do opowiadania, po dlugim "niewidzeniu".

Marta udzielala Bartusiowi jakis czas temu indywidualnych lekcji jezyka polskiego i matematyki w polskiej szkole. Kiedy u Bartka nastapil nawrot, zaprzestalismy z nauka, ale Marta bardzo czesto odwiedzala Bartusia i mnie w szpitalu i tak nawiazala sie miedzy nami wiez przyjazni. Wspominalam kiedys, ze wlasnie Marta jako pierwsza zauwazyla nasze problemy finansowe i zangazowala w nasza sprawe srodowisko szkolnej Polonii w Belgii. Chociaz nie tylko szkolnej, bo tak na marginesie nasza sytuacja rowniez znalazla zrozumienie na najwyzszym szczeblu przedstawicielstwa polskiego w Belgii. Dzis zostaly mile wspomienia tych chwil... bardzo budujace. Doswiadczylam wielkiej bezinteresownosci, wielkiego serca, ze strony moich Rodakow, ale i nie tylko. Bardzo wazne bylo dla mnie poczucie, ze jest wokol nas wiele osob, ktorzy chca pomoc i maja ku temu mozliwosci.

Zreszta, naleze chyba do osob, ktore nieustannie musza otoczone byc ludzmi, przyjaciolmi... jak tylko odczuwam pewnego rodzaju osamotnienie, wpadam w panike... odswiezam stare kontakty, szukam nowych...

W moim zyciu, ciagle szukam wrazen, emocji... choc wiekszosc tych ktore przezylam do tej pory - same mnie znalazly.

Alez mnie wzielo :)  to przeciez czasem czytaja ludzie ;)))

 

Zaczelo sie po swietach... po prostu zaczal odmawiac posluszenstwa, niewdzieczny jeden... nasz komputer... na szczescie nie jedny, bo musialabym przyznac, ze nastapil "KONIEC SWIATA". Od paru dni laptopik Bartusia, pracuje na najwyzszych obrotach, podczas, gdy ten pierwszy walczy z wirusem "gigantem". Wlasciwie nie on walczy, a nasz znajomy z nim walczy aby "diabli nie wzieli" wszystkiego co zawiera "twardziel". A co z tym idzie w parze naaaajwieksze pamiatki jakie zostaly mi po Bartusiu - zdjecia i filmy. Ktos puknal by sie w glowe, jak mozna tak ryzykowac trzymajac zdjecia bez kopii na CD na kompie ;(

Kiedy wlasnie tak bylo, nagrywarka juz wczesniej przeszla na emeryture ;( i nikomu do glowy nie przyszlo, aby ja wrocic na poprzednie stanowisko, zanim doszlo do tego co wlasnie sie stalo. 

Znajomy pocieszal, ze nie wszystko stracone :) podczas, gdy ja juz panicznie przegladalam zawartosci naszej kolekcji CD, i dziekowalam Bogu za wstawione zdjecia na moim bloogu.

Nic wiecej nie napisze, aby nie zapeszyc...bo w drugiej czesci pokoju rozgrywa sie decydujaca walka z "inteligencja".

 

Przede mna wielkie wyzwanie... zaczynam od poniedzialku. Material juz prawie w drodze, ten sam o ktory staralam sie juz prawie od 3 tyg, a ze ostatecznie musze scisle kontrolowac wydatki, wiec jedzie do mnie z Polski. Ogolnie nic wiecej dodac nie moge ze wzgledow "nie wielu" znajomym.

Zakladam, ze potrzebuje miesiaca czasu, aby wywiazac sie ze zlecenia, wiec jesli na blogu bede rzadkim gosciem, to wiecie juz dlaczego.

 

Ps. O tym, ze "nadzieja umiera ostatnia", przekonalam sie juz jakis czas temu, ale wlasnie z tego miejsca musze podziekowac naszemu znajomemu, i to powinno pisane byc przez duze "Z", za to ze dal nadzieje i slowa dotrzymal.

Oj..., jak ja podziwiam takich "magikow"...

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (18) | dodaj komentarz

"Male przypomnienie ;)"

sobota, 22 marca 2008 0:19

www.blog.pomagaj.info/2008/02/24/juz-pomogliscie/


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

"Na ostatni dzwonek"

piątek, 21 marca 2008 23:49

 

Ze mna tak juz jest od zawsze, ze wszystko robie na ostatnia chwile, a wtedy dwoje sie i troje, aby wywiazac sie z zadania.

Wiele sie dzialo ostatnio pod naszym dachem, dlugo by opisywac...

Z najwazniejszych; 

W sobote, 15 marca nasz maly Krysztalek przy dzwiekach "sto lat" z Pikolo w raczce i z tortem w buzi wkroczyla w drugi roczek swojego zycia. Dmuchanie swieczek odbylo sie bez zadnej proby wstepnej i... zyczenia sie spelnia, o ile o takich pomyslala ;) 

Nieomieszkam wstawic zdjecia, w pozniejszym czasie.

W szkole Angeliki, jak co roku komitet rodzicielski organizuje wieczor degustacji win i serow, dla rodzicow oczywiscie:)  Wypadlo dokladnie w Kristelki urodziny, wiec czesc pierwsza wieczoru swietowalismy w domu, a druga juz bez dzieci w towarzystwie Chrzestnej solenizantki i jej narzeczonego a mojego Brata zmienilismy lokal na bardziej publiczny. Choc miejsca w zoladkach bylo nie wiele, nad czym wszyscy ubolewalismy, rozpieszczalismy nasze podniebienia gatunkowym winem i calym mnostwem serow, podawanych obowiazkowo z owocami, daktylami i orzechami...mmmmm,  nie wspominajac juz o cudownie chrupiacych buleczkach i deserze na przystawke. Az mi slinka cieknie na samo wspomnienie, bo dzis chyba troszke glodna poloze sie spac, taka sobie zadalam pokute wielkopiatkowa ;)

Jak zwykle Belgusie nas czyms zaskoczyli, bo to przeciez prawie "Wielki tydzien" sie zaczynal a tam po 22-giej na sale wpada discdzokej ( czy jak tam sie to nie pisze ;) i zaprasza wszystkich na parkiet w rytmach muzyki lat 80-tych ;)

A jakze by inaczej... niemale grono "praktykujacych inaczej" dalo sie namowic, bez wiekszego oporu. Chociaz nasz stolik znajdowal sie na koncu sali, to i tak nastepnego dnia bolaly nas gardla od przekrzykiwania sie w rozmowie miedzy soba.

Niedzielne popoludnie spedzilismy w "Pitabar", przy smacznym jedzonku i znowu... czerwonym winku ;) alez okazja tym razem, rownie niepowtarzalna. Tym razem z Chrzestna naszej Kristelki swietowalismy jej ostatnie dziescia... upssss, a mialo sie nie wydac ;)

Takze, ktos by pomyslal, ze u mnie nudno? Chyba nigdy w swoim zyciu na nude nie narzekalam, a kazdy kto ma kontakty ze strzelcami, musi wziac pod uwage fakt, ze te raczej prowadza zywotny tryb zycia... czasem trudno za nimi nadarzyc.

Biedny moj maz ;) ten to sie juz dawno pogubil... choc moze powinnam dodac, ze dawno beze mnie by zginal ;) 

Kolejnego dnia wieczorem miiilutka niespodzianke, zrobil Chrzestny naszej Solenizantki i lotem ptaka, nie zwarzajac na odleglosc 1200 km, zjawil sie na poprawinach. 

Nie zagoscil u nas dlugo, ale Wujaszek popisal sie honorowo... dziekuje Radeczku :) 

Tak jestem "szczesliwa", ze jak by ktos nie zauwazyl ;) nie wspominam wcale o moich smuteczkach. Teskno mi na wspomienie, ze poprzednie swieta byly inne od tych co nastana, a jeszcze porzednie jeszcze bardziej inne, a te z przed 3 lat calkiem normalne... choc szczescia docenic wtedy nie moglam...

Rok temu zawiozlam "swiecone" do szpitalnej izolatki a w tym roku zaniose na ....... ;(

Ale nadejdzie taki dzien, ze razem bedziemy swietowac Synku moj najdrozszy!

Piszac na wstepie, ze wszystko robie na ostatnia chwile, mialam na mysli pewne zlecenie...

W naszym polskim kosciele,  w ktorym po przeprowadzce jeszcze nie mozemy poczuc sie jak u siebie, zistniala "potrzeba pierwszej pilnosci".  Z reszta mnie sama sumienie meczylo niemilosiernie, ze stol oltarzowy tak biednie wyglada przyodziany w zaduzy obrus "poprzedniej kadencji" i stalo sie... Musze sie przyznac, ze obawialam sie tego zadania, bo na sama mysl o tym, ze tworze cos w imie chwly Boga, przechodzily mnie ciarki, tym bardziej, ze nasz Wielebny zostawil mi pelna swobode dzialania, poczynajac od wyboru tkaniny, koronki, poprzez ostateczny krztalt. Wczoraj zawiozlam do kosciola w darze cztery takie male arcydziela, dokonane z pomoca Boska... bo nie ukrywam, ze "Najwyzszy" mi w tym pomagal.... na kazdy stol inne. Mozecie sie domyslac, ze dla mnie to ekscytujace, bo bardzo tesknie za smakiem "Zywego Chleba" a na "moim" bialym obrusie odbywac sie bedzie cale eucharystyczne misterium przemiany... i niech to poki co bedzie pokarmem dla mojej duszy.   

Poniewaz swiata spedzimy w Belgii, co z reszta od ostatniego roku staje sie tradycja,  kartki swiateczne rozeslalam jakis czas temu i mialabym pobozne zyczenie, aby poczta polska nie zawiodla ;) choc to juz wiecej niz pewne ;( 

A dla Tych, ktorzy za posrednictwem poczty tradycyjnej z jakich kolwiek wzgledow zyczen nie dostana, dzis ostatni dzwonek na specjalne zyczenia blogowe... dla wszystkich moich przyjaciol, odwiedzajacych; mi znajomych lub anonimowych.

Dla Aluni, Iwonki z Rumi, dla Ewuni z Pucka, dla Iwonki z Krasnika, Edytki z Gdyni, dla Joasieek, dla Moni, Anulki z "gorzko....", Magduni od Pawla, dla Joanny 19......, dla Beti, Agnieszki i Kacperka, dla Kasi od Okruszkow... dla Ich rodzin i zapewne wielu jeszcze pominelam, tak bywa zazwyczaj, i dlatego lepiej nie wyliczac ;)  ale to zyczenia dla Was wszystkich Kochani;

 

Wszystkiego tego, co od Boga pochodzi, oby skrzydła wiary przykryły kamienie zwątpienia i uniosły serca ponad przemijanie.

 


Miłości, która jest ważniejsza od wszelkich dóbr, zdrowia, które pozwala przetrwać najgorsze.
Pracy, która pomaga żyć.
Uśmiechów bliskich i nieznajomych, które pozwalają lżej oddychać i szczęścia, które niejednokrotnie ocala nam życie.


 

Ps. O kurcze, trzcionka mnie wydala, no dobra.... zyczenia wyzej nie sa tak do konca moje, ale jakze piekne, a przede wszystkim szczere :)

Pozdrawiam swiatecznie.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (13) | dodaj komentarz

"Kocham Cie Slonce Ty moje"

wtorek, 11 marca 2008 22:23

Dzis juz dobiega konca 11-sty dzien miesiaca, (nawet sie zarymowalo) i jak kazdego dnia ale 11-stego wybitnie moje mysli kraza glownie wokol osoby mojego "Slonka".

A propo slonka, czy juz kiedys moze wspominalam o tym? Mialam w zwyczaju nazywac tak Bartusia.

Swoja droga uwazam, ze dzieje sie to za przyczyna mojego Aniolka... za kazdym razem, kiedy odwiedzam grob Bartusia przewaznie swieci tam piekne slonce. Nie zebym specjalnie wybierala taka pogode, ale nawet wtedy, kiedy wyjezdzam z domu a niebo jest zachmurzone, to tam na miejscu zza chmurek wyglada sloneczko i tak mocno grzeje... niesamowite...

Zdarzylo mi sie kiedys, ze podczas drogi, a jechalam na cmentarz rowerem, zaczol padac dosc ulewny deszcz, (bo Belgia jest chyba znana z takiej aury pogodowej) mimo to nie zawrocilam sie z drogi i dobrze, bo  na miejscu Bartunio przywital sie ze mna cudownie slonecznie :)

Mam w zwyczaju wtedy cieszyc swoja twarz cieplem jego promieni i prosze w duchu, aby ogrzal i rozswietlil najciemniejsze zakamarki mojego smutnego serca.

Nigdy do domu nie wracam smutna... moze zamyslona, ale nigdy smutna. Nie zdarza mi sie nawet juz tam plakac... jestem tak dziwnie spokojna o niego...

A tu na ziemi...

Tydzien minal pod patronatem grypy. Wszystkich nas dopadla... a zeczelo sie od Angeliki.

Kiedy jej bylo juz odrobine lepiej, przeszlo na mnie, nastepnego dnia zaniemogla Kristel, moj maz mial na szczescie tylko dwa dni obnizonej odpornosci.  Obylo sie bez wizyty u lekrza, bo i czego tam szukac jak na ta chol.... nie ma lekarstwa. Kiedy mialam juz sile wydostac sie z lozka i zadzwonic do Polski do domku rodzicow, telefon odebrala Mama i nie musiala juz wiele opowiadac - glos ja sam zdradzil. I tam ta zaraza zbiera swoje zniwa. Martwie sie bardzo o Mame,  bo juz prawie tydzien z nia walczy, a goraczka ciagle nie ustepuje.  Wczoraj po wizycie u lekarza padlo podejrzenie, ze ma angine ropna i dostala antybiotyk. Dzis jeszcze poprawy znacznej nie bylo. Jako "najmadrzejsza" ;) ze wszystkich dzieci swoich rodzicow, bo zyje przeciez najdluzej na tym swiecie :) a dodatkowo tak sie sklada, ze niechcacy zdobylam chyba najwiecej doswiadczenia z medycznej dziedziny zycia, wiec udzielilam Mamuni paru cennych wskazowek. Zaluje, ze nie moge byc przy Niej... tak mi teskno do domu... 

Biedulka, popadla przy tym w maly dolek psychiczny, zaczela wspominac Bartusia, jak to on walczyl swojego czasu z bakteryjnym zapaleniem jelit. Goraczka ponad 40 stopni, biegunka i wymioty, przez caly tydzien...

Poplakalysmy sobie razem z Mamcia.

Pamietam tamten tydzien, opisywalam go na blogu, i pamietam jak Bartus wyciagnal do mnie rece, w gescie do przytulenia... pamietam jak pomyslalam sobie, ze przeciez nie zdarza mu sie to czesto, zazwyczaj ja pierwsza wychodzilam z taka inicjatywa, i ze pewnie musi mu byc bardzo zle skoro tak sie do mnie tuli.

Doznalam identycznego uczucia w dzien jego "odejscia"... przytulil sie do mnie tak samo mocno jak wtedy. Teraz wiem, co mialo to znaczyc... On sie juz zegnal ze mna... Pewnie wtedy rowniez, choc ja sobie nie zdawalam sprawy z niebezpieczenstwa jakie mu grozi a On juz mial po prostu dosc... Lekarze potem mowili, ze jego zycie bylo zgrozone. Na cudowne szczescie zaczal reagowac na kolejne antybiotyki i po tygodniu byl prawie zdrowy.

Co za ironia losu, ze wtedy rowniez nie bylo w moim sercu paniki, wiedzialam przeciez, ze jest w najlepszych rekach lekarzy.

Inaczej sprawy sie mialy w "ostatnim" tygodniu, ale ja bylam pewna, ze znowu jest w najlepszych rekach - rekach Boga.

Opowiem jeszcze jedna historie, skoro juz tak mnie wzielo na wspominki.

Pierwszego ranka, kiedy pojechalismy zobaczyc sie z moim Skarbem, w kostnicy wlozylam w jego raczki jego osobista ksiazeczke do nabozenstwa, wyciagajac z niej wczesniej wszystkie obrazki swietych, ktore tradycyjnie w niej przechowywal.  Nie wiem dlaczego to zrobilam, po prostu odruchowo. Nastepnego dnia wyjelam je z torebki i polozylam w bezpiecznym miejscu w domu. Minal dzien lub dwa i kiedy ponownie zajrzalam do torebki na samym wierzchu moim oczom ukazal sie piekny dziecinny obrazek, ktory przedstawia malego Aniolka trzymajacego na raczkach owieczke a pod nim napis "Tesknie za Twoja dobrocia"...

Moje oczy zaszly lzami... i nie musze chyba dodawac, ze od razu wiedzialam od kogo byl ten obrazek. Myslalam sobie, jak to mozliwe... byc moze nie wyciagnelam tamtego dnia wszystkich z mojej torebki... byc moze.

Ale czy to nie piekny znak dla mnie? Bo ja staralam sie ze wszytkich sil swoich byc dla Niego najlepsza mama, nawet nie! nie staralam sie! ja po prostu musialam nia byc, bo mialam najlepsze dziecko pod sloncem...

Kocham Cie Bartuniu... ale ty przeciez wiesz...


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (15) | dodaj komentarz

"Synek"

sobota, 01 marca 2008 12:09

 

"Synek"

 

Taki maly jestes Synku,

A swiat taki duzy!

Mocno trzymasz mnie za reke

I boisz sie burzy.

 

To jest kon, to ptak, to drzewo.

Smiejesz sie i placzesz;

- Czemu tego, co jest w srodku,

Nie mozna zobaczyc?

 

- Popatrz drzewko, jakie wielkie,

Galezie ma w niebie,

A ja, kiedy pod nim stoisz,

Widze tylko Ciebie.

 

 

- Czemu ksiezyc swieci w nocy?

Czemu jest tak ladnie?

Kto przyczepil go tam w gorze,

Ze na dol nie spadnie?

 

- Caly ksiezyc, popatrz tylko,

Miesci sie w kaluzy.

Jaki maly ten swiat Synku,

A Ty - jaki duzy!

 

(H. Hirschler - Martynska)


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (12) | dodaj komentarz

"Skarbonka Kacperka"

czwartek, 28 lutego 2008 23:52

 

Objecalam napisac o swoim niepowodzeniu w sprawach zawodowych ale zrobie to innym razem, albo wcale ;)  bo coz znacza moje male niepowodzenia w porownaniu z takimi, z ktorymi borykaja sie rodzice Kacperka.

http://kacperekzielinski.bloog.pl/

 

Codziennie odwiedzajac strone ponizej darujecie grosik na leczenie i rehabilitacje tego chlopca.

http://blog.pomagaj.info/

Spieszmy sie kochani, czasu jest niewiele, akcja trwa tylko do 31 marca. Wystarczy ze kazdy z was raz dziennie odwiedzi ten adres a ostatniego marca do skarbonki Kacperka wpadnie 31 groszy.

W koncu statystycznie z odwiedzinami na moim blogu nie jest tak zle :)

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (19) | dodaj komentarz

"Czego dusza zapragnie"

czwartek, 28 lutego 2008 21:51

 

W przeciwienstwie do dnia wczorajszego, dzis - wybadlo znacznie gorzej.

Ale o tym napisze jutro, bo dzis zbyt jestem rozczarowana takim stanem sprawy, dodam, ze o moja dzialalnosc zarobkowa sie rozchodzi.

Wczoraj, byla sroda - czyli dzien "krotki" jak to mowi moja Corunia, bo jakos trudno jej spamietac nazwy dni tygodni po polsku :( Tu dzieci we wszystkich szkolach dzien nauki zaczynaja i koncza o jednakowej porze. W srody, ze to polmetek ciezkiego tygodnia nauki ;)  lekcje trwaja od 8.40 do 11.50 z tego tez wzgledu  nie ma potrzeby wysylania dzieci do szkoly z prowiantem. Lubie te srody z rana, bo z natury jestem wielkim spiochem i poki moja zyciowa sytuacja mi na to pozwala, wyleguje sie w lozku maksymalnie najdluzej, nawet z 10 min zapasem po wylaczeniu budzika, a w srody... odliczajac czas bezprowiantowego wyrzadzenia dziecka do szkoly mam kolejne 10 min wiecej ;)

Wczoraj wyjatkowo czulam sie zmeczona, co glownie moge zawdzieczac siedzeniu przed komputerem do poznych godzin nocnych, i po wyrzadzeniu Geli do szkoly wskoczylam z powrotem do cieplutkiego jeszcze lozeczka. Takie slodkie lenistwo, na ktore moge sobie pozwolic, bo odwiezieniem Corki do szkoly zajmuje sie moj kochany maz. I w ten czas zadzwonil telefon - "Chyba cie nie obudzilam?" - spytal znajomy glos w sluchawce, odruchowo spojrzalam na zegarek...9.15 - "nie, nie alez skad" - sklamalam na miejscu, choc jeszcze z zamknietymi oczami delektowalam sie miniona chwila blogiego snu. Jednak w chwili kiedy padla propozycja, aby wspolnie wybrac sie do pobliskiego "Krinlopu" (sklep rzeczy i mebli uzywanych) blyskawicznie przeszla mi ochota na dalszy sen. To sa sklepy nr.1 na liscie moich ulubionych. Mozna tam kupic wszystko czego dusza zapragnie, to taka przenosnia... bo znacie juz najwieksza potrzebe mojej stesknionej duszy, ale takich pragnien tam niestety nie realizuja, kupic w zaleznosci od osobistego szczescia z jakim jedzie sie na poszukiwania. Tak sie sklada, ze ja czesto znajduje tam rzeczy ktorych faktycznie w danym momencie potrzebuje. Z reszta, czasem rzeczy nadaje tytul "pierwszej potrzeby" w momencie rozliczania sie z zakupow przed moim mezem ;) ale z tego tez mnie juz znacie. Moj slubny tez zna mnie z juz tego, ze ja do sklepu nigdy nie jade na darmo ;) Nie myslcie przy tym, ze jestem rozrzutna, skad ze znowu, z natury jestem oszczedna do bolu, bo jak inaczej wytlumaczyc moje zamilowanie do sklepow "drugiego sortu"??? 

Oj, chyba na mnie czekaly tam wczoraj istne cudenka... komplet przeslicznych, drewnianych, pieknie malowanych kaczuszek, jako serwetniki na stol wielkanocny... noi nie tylko, ale z racji, ze swieta tak blisko moj maz oficjalnie przyjal taka wersje ;) Oczy mi blyszczaly z radosci odkrycia, bo nie wiedziec dlaczego widok tego ptactwa sprawia mi niebywala przyjemnosc ale tez radosc z przystepnej ceny -  3 euro - dla zainteresowanych. Juz od wczoraj moje podreczne malowidla spoczywaja w artustycznie ozdobionym pudeleczku, dla mnie to arcydzielo, mozecie mi wierzyc. Na wieczku przyklejona muszla, ale nie taka pospolita baltycka, tak bardziej egzotyczna choc nie rozgwiazda. Wokol niej olejna farba namalowany pejzarz lekko wzburzonego morza, ktorego fale wdzieraja sie na owa muszle, dajac zludzenie, ze to jakas wyspa wulkaniczna z blekitnym niebem u gory. Na bokach skrzyneczki imitacja zielonych wodorostow... czy ja czasem nie przesadzam??? Zauroczylam sie tym pudlem. Cena - euro dwadziescia :) Po prostu dzien spelnionych marzen... kolejny zakup, to material - od pierwszego wejrzenia sie w nim zakochalam ;) wprost wymarzony na komplet poszewek na poduszki do naszego salonu. Na kawowym tle rzadko rozrzucone, wygladajace na recznie wyszywane motywy kwiatowe. Material nie czekal dlugo na realizacje wizji, bo zanim nastal wieczor, nasza poczciwa skurzana, brazowa kanape przyozdobil komplet dwoch wytwornych poduszek z waleczkiem w roli glownej. Koszt zakupu - 2 euro :)

Liczycie??? Jeszcze doliczcie 3 euro za mniej wytworne choc praktyczne rzeczy urzytku domowego i daje nam to laczna sume 9.20 euro... za tyle skarbow. A zeby zkup wypad jeszcze bardziej imponujaco tanio, przed powrotem do domu zajechalam do sklepu miesnego i piekarni gdzie zostawilam 40 euro, pokarmu na jakies 4 dni, i postawilam swoje zdobycze przed zaciekawionym mezem. I wiecie co... wieksze wrazenie na nim zrobila zawartosc torby "spozywczej", no... nie uwierze... takie to typowe u facetow... i cale szczescie ;) ze "przez zoladek do serca" 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (10) | dodaj komentarz

"Ocalic od zapomnienia"

niedziela, 17 lutego 2008 23:18

 

W czasie ostatnich tygodni choroby Bartusia tak jak "tonacy brzytwy sie chwyta" tak i my... chwytalismy sie kazdej ewentualnosci, kazdej nadziei. Dostalismy wtedy pewna modlitwe, od zyczliwej osoby (narzeczonej mojego brata), ktora jakoby posiada ogromna moc. Wlasnie ja odnalazlam i od poczatku czytam. Robie to z trzesacymi rekami... lzy zalewaj mi tekst... czytam choc sadzilam, ze nigdy juz do niej nie zajrze. Na podniszczonej kartce papieru jest tekst napisany odrecznie, z reszta zostal przepisany dla Bartka z innej podobnej kartki, bo; "Bede blogoslawil" - mowi Pan - tego kto te modlitwe przepisuje dla drugich itd." To z tej kartki codzien czytalam modlitwe "Wezwanie do Krzyza Sw." mojemu Synkowi kazdego wieczoru przed snem, bo sam juz nie miewal na to sily. Ta sama kartka lezala jeszcze na stole tamtego wieczora, kiedy z niej ostatni raz przeczytalam Bartuniowi na "dobranoc" modlitwe i na nia wlasnie, niecale trzy godz. pozniej w roztargnieniu skapnelam wosk z palacej sie gromnicy... moj Synek juz nie zyl.

Wspomienia bola, ale chce sie nimi podzielic... pozwolcie.

Wlasciwie, czytajac ponownie "przedmowe" modlitwy, gdzie miedzy innymi napisane jest - "Kto ja czyta, slucha czytanej, lub nosi przy sobie nie umrze nagle, nie utopi sie, nie spali sie, trucizna go nie otruje, nie wpadnie w rece nieprzyjaciela i nie bedzie zwyciezony w bitwach itd...",  "Kto ja odmawia codziennie, uprzedzony zostanie znakiem Bozym trzy dni przed smiercia o godzinie jego zejscia" (modlitwa pochodzi z 505r) i w zasadzie czytajac te slowa nie powinnam byc rozczarowana. A jednak bylam. Bo co prawda to nie ja umieralam, choc nie wiele mi w tym momencie brakowalo, ale umieralo moje najdrozsze dziecko, z ktorym laczyly mnie bardzo silne wiezy emocjonalne. Do ostatniej chwili nie przypuszczalam, ze smierc moze mi go zabrac tak nagle, choc "ta" czaila sie juz na Niego od wielu tygodni. Sadzilam, ze jesli to ja czytam modlitwe co dzien juz od paru tygodni to mi rowniez bedzie dane zostac uprzedzona "w trzy dni przed smiercia", spodziewalam sie tego i tak nie wierzac, ze smierc nadejdzie...

We wtorek wieczorem, "trzy dni przed" Bartus czul sie jeszcze nie najgorzej, choc choroba rozwijala sie w zastraszajacym tempie, odwiedzil nas moj Brat z Narzeczona. Przywiozl Bartusiowi z Baneu wode swiecona i slicznego Aniolka, takiego zamyslonego z troche smutnymi oczami. Ktos zaproponowal, abysmy powspominali dziecinstwo dzieci, utrwalone na kasetach wideo. Zupelnie nie wiem dlaczego...

Na "pierwszy ogien" poszla kaseta z Bartuniem, poczynajac od narodzin, poprzez wiek niemowlecy do przedszkolaka. Mam przed oczami mojego Synka jak siedzi na klanach ulubionego Wujka (Chrzestnego z reszta), wtula sie w niego jakby wiedzial, ze robi to po raz ostatni... Jakby, bo nie byl przy tym ani smutny ani tez zadumany, po prostu taki normalny, spontaniczny, nawet wesoly...

Pisalam juz wiele razy o tym, jak wiele stresu dostarczaly nam czeste wizyty pielegniarek i lakarza w naszym domu. Chodzilo o to, ze nie chcielismy nic slyszec o podawaniu morfiny, na ktora wszyscy zyczliwie chcieli nas namowic. Nie wytrzymalam... i kiedy w czwartek rano zadzwonil telefon z zyczliwym zapytaniem jak minela nam noc (dla Bartunia ostatnia)  i ile srodkow przeciwbolowych potrzeba bylo zarzyc, wykrzyczalam - nie czekajac na koniec zadawanych pytan - "nie podalismy zadnej morfiny!!!" - Nie? padlo kolejne pytanie; na co moje stargane zyciem w stresie nerwy wymknely sie zupelnie z pod kontroli a jezyk powiedzial "co mu slina na niego przyniosla". Jednym slowem wszystko... wszystko i naprawde wszystko, bo az mi ulzylo :)  Przeprosinom i objetnicom nie bylo konca i ostatecznie rozmowe zakonczylysmy w przyjaznych stosunkach. Odetchnelam z ulga, ze temat streczycielstwa mamy juz zakonczony, choc czekala nas jeszcze tego poludnia wizyta owej pielegniarki. Poziom plytek krwi byl tak drastycznie niski, ze rozwazana byla ewentualnosc podania ich w domowych warunkach. Pielegniarka miala ocenic sytuacje. Moj kochany Bartunio tego dnia juz bardzo zaniemogl i zaproponowalam mu aby do poludnia pozostal w swoim lozeczku. Mialam jeszcze pilne zakupy do zrobienia wiec pozostawilam go na jekies 40 min pod opieka Meza. Objecalam, ze zdaze wrocic przed wizyta Pielegniarki. Niestety, kiedy wrocilam do domu nasza "Nadgorliwa" a zarazem "Skruszona" pani czekala juz na mnie rozmawiajac z moim Mezem w kuchni.

Nie wiedzac o tym jakie koszmarne wizje mialo moje dziecko, zaprowadzilam ja do gory, do pokoju Bartusia.

Po ogolnym badaniu wzrokowym, Pani opuscila nasz dom a ja mialam czas dla mojego Synka. Wtedy to powiedzial mi o swojej wizji. A bylo to mniej wiecej tak - "Mamus, kiedy cie nie bylo, to wydawalo mi sie, ze przyjechala ta siostra a z nia jakis pan, bo slyszalem tez jakis obcy meski glos jak rozmawiali z Lucem w kuchni i myslalem, ze oni powiedza Lucowi ze maja dla mnie jakis zastrzyk przeciwbolowy a tak naprawde to przyjda do mnie do gory i mi podadza zastrzyk usypiajacy i ja bym umarl, zanim Ty bys do domu wrocila" 

Zostawie to bez komentarza, wybaczcie... choc serce mi krzyczy z zalu i zlosci. 

  Dziwny byl ten dzien 11.10.2007 roku.

Jeszcze kolo 18-stej zadzwonila do mnie przyjaciolka, sasiadka nasza (tutejsza), moja powierniczka i pocieszycielka z ktora to moglysmy sie spotykac tylko w godzinach poznych, wieczornych ze wzgledu na nasze dzieci, i ona mi mowi - "Ze wczoraj podczas odwiedzin u Nas nie widziala sie z Bartusiem, (bo juz zasnal zanim ona przyszla), to czy moglaby teraz na chwilke tylko wpasc sie z nim zobaczyc??? Nie mialam nic przeciwko i przybiegla tak jak nigdy dotad o szostej wieczorem, zostawiajac dzieci pod opieka siostry. Ucalowala go czule w czolo ze slowami - "tak jak matka"- smiejac sie przy tym.

Pytalam potem - "Ilse, czy ty wiedzialas? Czy mialas przeczucia?" Nie...zadnych, a jednak...

I juz zupelnie na koniec...

Zanim odbyl sie pogrzeb... w poszukiwaniu...? wlasciwie nie wie czego... byc moze szukalam "testamentu"?pozostawionego na Jego osobistym PC, weszlam na Jego poczte. Ja wiem, ze to nie ladnie czytac cudza korespondencje, ale w takiej sytuacji, kazdy by zrobil podobnie...nie wiem...tak sadze.

W pierwszej chwili nie wierzylam wlasnym oczom. Pozwole sobie umiescic go ponizej i wybacz mi to Bartusiu, ale to nie jest zbyt osobisty list, wiec...

 

Data wyslania 14.10.2007

Nadawca - Bartunia ulubiony portal gier strategicznych "Swiat 10" 

 

Cześć Barti96,

Jesteś nieaktywny na Swiat 10 już od 3 dni.Jeżeli już nie chcesz grać, Twoje konto zostanie usunięte automatycznie za 11 dni. Mamy jednak nadzieje, że gra Ci się spodobała i że spotkamy Cię może na jednym z przyszłych światów.

Zapewne... o ile juz nie spotkaliscie :(


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (19) | dodaj komentarz

"Walentynkowe sentymenty"

czwartek, 14 lutego 2008 13:25

  

 

Miejze litosc...

 

 

 

Slodkiej zadzy tajemnica

wciaz ogarnia zmysly me,

Choc nie ujrze Twego lica

to pamietac bede Cie.

Jakze dlugo ja mam czekac,

bys dal zycia swego znak,

Jak tak dlugo mozesz zwlekac,

gdy ma milosc wola tak;

W zapomnieniu dalam z siebie,

wszystko by ocalic w nas,

Ogien ktory bylby pewnie,

sklonny spalic nawet glaz.

Za to teraz w sercu moim

przepelnienie robi sie,

Powroc, daj znak swojej woli,

od kochania zwolnij mnie...

 

 

 

Ten wiersz dostalam wiele lat temu od mojej kolezanki, jej wlasnego autorstwa. Dziekuje Ci Grazynko.

 

 

 

 

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (12) | dodaj komentarz

"Klapoucha radosc"

sobota, 09 lutego 2008 22:33

Witam Kochani,

juz od paru dni zbieram sie w sobie, aby zrobic wpis, ale nie taki codzienny. Chcialabym ubrac w slowa moje refleksje zwiazane... no wlasnie? Ze smiercia Bartusia... z tym jakich dowodow na jego duchowa obecnosc doswiadczam..., ale dzis na to nie jestem przygotowana, choc moze lepiej byloby powiedziec, ze musze poczekac na wewnetrzne natchnienie, bo pustka jakas w mojej glowie ;)

Wszystko w jak najlepszym porzadku, chociaz martwi mnie troszke Krysztalek. Tak jakby zlapala male przeziebienie, choc moze katarek to jeszcze nic powaznego. Oby... bo ja juz swoje z nia przeszlam, ale instynkt przy tym nigdy mnie nie zawodzil.

U nas od dwoch dni istna wiosna, uwierzyc nie mozna, ze to poczatek lutego. Dzis prawie caly dzien dziewczynki bawily sie na dworze razem ze swoim "podopiecznym". Jakos milej sie zrobilo w domu od kad zamieszkal z nami kroliczek - przez Kristel nazwany KIKI . Mi co prawda przybylo wiecej obowiazkow, ale futrzak jest tak wdziecznym stworzonkiem, ze mam w tym jak na razie czysta satysfakcje, nie wspominajac o radosci dziewczynek. Liczy juz sobie pare miesiecy wiec wiecej juz nie rosnie, choc jak na miniaturke krolika francuskiego i tak juz jest wyrosniety. Prawdziwy klapouchy o masci kawy z mlekiem. Sliczniutki :) 

Zawsze powtarzalam, ze dzieci powinny wychowywac sie wsrod zwierzat, a w naszym domu, tylko przy okazji wizyt meza mamy goscily pieski, nie liczac tych rybek co sobie plywaja w stawiku w ogrodzie.

Takiego jak dzis sloneczka zycze wszystkim zmeczonym zimowa szarowka.

Pozdrawiam niezwykle cieplutko.

     


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

"Swiat zaczyna nabierac barw"

piątek, 01 lutego 2008 18:59

No tak! Objecalam i dalam "plame". Jest ktos, wsrod was Kochani, kto z niecierpliwoscia czeka na moje nowe wpisy ;) puszczam to tej osoby oczko. Dzieli nas roznica okolo 1500 km a mimo to owa "osoba" wie co u mnie slychac, nie rozmawiajac ze mna ;) Ostatnio malo wie, bo malo pisze, ale dzis nadrobie zaleglosci :)

Wlasnie zlapalam sie za batonik w czekoladzie, bo podobno czekolada zawiera magnez i podobno magnez jest dobry na koncentracje ;) wiec moze cos skladnego napisze.

Dwa dni temu, tradycyjnie jak co roku w szkole mojej dorastajacej Panienki (7 latki - dla niewtajemniczonych) odbyl sie bal karnawalowy. Pamietacie jak w zeszlym roku rozpisywalam sie na temat "sukni jednego wieczoru" za kolosalne pieniadze ;) No wiec faktycznie, moja Corcia jak prawdziwej damie przystalo zazyczyla sobie nowej... tez "ksiezniczkowej", tyle ze tym razem z innej bajki. Mysle sobie; ile jest jeszcze bajek w ktorych glowna role graly ksiezniczki??? Tym razem ku swojej i Corci uciesze suknie miala uszyta na miare. Oddalam cale serce i cale zdolnosci swoje aby suknia byla jak z marzenia. Co prawda troche roznila sie od pierwowzoru "sniezkowej", ale to tylko dlatego, ze Angelika naniosla juz swoje poprwaki w projekcie.

Ocencie sami...czy na lepsze?

Odprezylam sie troche, bo zawsze to lepiej cos robic niz nie robic nic. A i takie dni ostatnio miewalam, kompletnie pozbawione barwy i czucia ;(

Na szczescie coraz czesciej rozpiera mnie energia i budzi do dzialania. Taka sie lubie :) I tak przestawiam meble, sprzatam zapomiane katy, nawet przyznam sie wam w sekrecie, mysle o malowaniu kuchni :) Tylko, ze moj maz o tym jeszcze nie wie i raczej sie obawiam jego reakcji na moje zamiary.

W zyciu duchowym...no coz, radze sobie, chyba coraz lepiej. Na drzwiach wejsciowych naszego domu ciagle wisi galazka mirty przewiazana czarna wstazeczka - oznaka zaloby, ale w domu coraz czesciej slychac smiech i muzyke. Dziewczynki lubia muzyke i taniec a i mnie to tez odpreza, wiec czesto fundujemy sobie taka terapie. A ile przy tym radosci... Krysztalek smieje sie az w glos. 

Zastanawiam sie czasem nad tym jaki ten nasz swiat jest maly. Nawet na tutejszym cmentarzu spotkalo sie dwoch chlopcow - Polakow. Moj Synek i jeszcze jeden chlopiec - mial lat 13-scie. Nawiazalam znajomosc z jego mama, okolicznosci smierci jej synka nie bede przytaczac,  dodam tylko, ze wydarzyla sie ogromna tragedia. Sama nie wiem jak ja bym sobie w obliczu takiej smierci dziecka poradzila. Na szczescie tej Pani, w odpowiednim momencie znalazla sie pod opieka psychologa i teraz prawie poltora roku po smierci Synka czuje sie dosc dobrze psychicznie. Innym razem... Dwa dni temu, kiedy z Kristelka poszlysmy na cmentarz zapalic swiatelko dla jej Braciszka, grob niedaleko lezacy od Bartusia odwiedzila pewna Pani. Jakiez bylo moje zdziwienie, jak przy wyjsciu na parkingu zobaczylam auto na polskich tablicach i bylam pewna, ze wlasnie ta Pani nim przyjechala, bo na cmentarzu wczesniej nie bylo nikogo a na parkingu stalo tylko moje auto. Ktos by sie zdziwil, albo i nie, ale tu gdzie mieszkamy nie ma wielu Polakow, a tym bardziej znalezc ich na cmentarzu??? Jednym slowem swiat robi sie malutki. Oby tak jeszcze przekroczyc granice czasu i szybko i w pelni przezyc swoje zycie a potem bezbolesnie przejsc do inego wymiaru :)

Nie boje sie smierci... Pamietam jak Bartunia katechetka P. Maria podczas odwiedzin u nas w czasie, kiedy Bartus czul sie z dnia na dzien gorzej delikatnie probowala mu powiedziec, ze nie nalezy bac sie smierci. Bo smierc to nic innego jak tylko powtorne dla nas narodziny, z tym ze, do prawdziwego zycia,  zycia w wiecznosci. I tak jak dziecko rodzi sie w towarzyszacych bolach mamy i zapewne swoich rowniez, tak czlowiek umiera tez w bolach po to by narodzic sie od nowa. I tak jak matka dostaje swoje nowonarodzone dzieciatko na rece, i ona i owe malenstwo szybko zapominaja o bolu bo czuja swoja bliskosc i ogromna milosc wzajemna, tak owy czlowiek po przejsciu do swiata duchowego zostaje przytulony do Bozego, pelnego milosci serca. Nie tak dawno przeczytalam ksiazke pt "Reinkarnacja" Chociaz nam katolikom wiara zabrania wierzyc w owe zjawisko, ja natomiast doszukalam w ksiazce watkow, ktore moglabym polaczyc ze wczesniej zdobyta wiedza na temat sensu zycia na ziemi oraz sensu umierania, nawet tak przedwczesnego jak w przypadku mjego Synka.

Obecnie jestem na etapie czytania ksiazki pt. "Pomocne anioly", bo od kad Bartus mi "strozuje" nawet slowo Aniol wywoluje gesia skorke na moim ciele.

Mysle, ze zaspokoilam juz ciekawosc moje serdecznej kolezanki z lubelskiego ;) i to bez zadnej ironi w moich slowach. Zycze Ci kochana wszelkiej pomyslnoci w realizacji planow i jak juz nabedziesz prawa wlasnosci, to ja sie wpraszam na zabiegi upiekszajace, po starej znajomosci oczywiscie ;)

Pozdrawiam wszystkich bardzo goraco i dziekuje jak zwykle za wasze zainteresowanie moja osoba.

 

  

  


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (20) | dodaj komentarz

"Szalenstwo kontrolowane"

czwartek, 24 stycznia 2008 23:36

Dzisiejszy dzien zaliczyc moge do udanych, bo....... bo jak kazda chyba kobieta? wiem jak poprawic sobie nastroj. Nie ma to jak pare nowych ciuszkow w szafie, co nie??? Soldeny! - juz sama mysl o nich pobudza we mnie adrenaline. Bo jak by nie patrzec, na wszystko mnie stac :))) Postanowilam dzis sprawdzic ile jeszcze towaru pozostalo z poprzedniej kolekcji, bo biorac pod uwage liczbe odwiedzajacych nasz pobliski, musze dodac; gigantyczny "Choping Center" nalezaloby domiewac, ze owa kolekcja nie zeszla jeszcze z tasmy produkcyjnej... a to juz nie modne ;( 

Ostatnie dni soldenow stwarzaja niesamowita okazje dla "lowcow firmowek" na zakup ciuchow nawet z 70% upustem. I ja dzis poszalalam (czyt. szlenstwo kontrolowane) w CA, Cool Cat, Zara, Esprit, HM, razem jakies 11 sztuk, i nie zeby sie chwalic (bron Boze), bo w Polsce tez tego luksusu nie brakuje, ale z czystej radosci :)))...ze, no wlasnie?, ze ubylo mi z pilnie strzezonych oszczednosci na "czarna godzine" az 55 euro :)

Na swoje usprawiedliwienie dodam, ze kazdemu cos sie dostalo. Najmniej Kristel, bo juz o niej nie musze myslec, bynajmniej w kwestii ubraniowej, dzieki mojej przesympatycznej kolezance Edytce (pozdrawiam z tego miejsca), ktora ubiera mi corcie, od kad ta pszyszla na swiat.

Wracajac do domu, zdajac sobie sprawe ze swego "przestepstwa", bo jak by nie patrzec to moja szafa najwiecej zyskala, sprytnie obmyslilam plan.

Tak to juz jest, ze przed moim mezem nie da sie nic zataic, po pierwsze, ze ja nie umiem..., po drugie, ze zwyczajowo robilismy zakupy razem... a po trzecie, ze dzis zabralam na nie tylko Kristel, ale moj slubny juz w drzwiach mnie powital z aroganckim usmieszkiem "jak to by bylo, zeby nic sie nie kupilo" iiiiii przystapilam do realizacji mojego planu. Wyciagam po kolei z firmowej siateczki z szarmanckim usmieszkiem mowiac "zobacz kochanie - jakie ladne... a ty wiesz jakie bylo tanie?" to dla mnie oczywiscie. Potem wyciagam z drugiej i w tej samej chwili udaremniam plynace z jego ust pytanie "a dla mnie to nic nie...." alez go zaskoczylam ;))) ale na tym przeciez nie koniec. I tak do trzech razy :) az zadowolony odstapil ode mnie, a ja w spokoju zabralam sie za przymierzanie kolejnych "zdobyczy".

No i co? Jakis zly duszek podpowiada mi w srodku "latwo poszlo co? hahaha" Tylko kto mi teraz dolozy do 10-tego jak skonczy sie zasilek rodzinny? Nie ma juz mojego Synka, co u Niego jak w banku moglam sie zadluzyc bez splacania odsetek. Dziecko z natury bylo tak oszczedne, ze zasobnosc jego skarbonki mozna by porownac do stanu mojego konta. Bank zawiesil dzialalnosc :(  splajtowal?  Objecalam i oddam :) 

Dokumenty nabieraja mocy prawnej i mam nadzieje, ze juz niedlugo bede skromna wlascicielka malego, skromnego zakladu uslug krawieckich. A co tam... nie od razu Rzym zbudowano, a i ja moge uzbroic sie w cierpliwosc, zanim poznaja moja marke Paryzanie :))))

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

"Zycie toczy sie dalej"

środa, 23 stycznia 2008 17:36

Wlasnie postawilam kropke w moim dlugim wypracowaniu i... co? po raz kolejny w mojej karierze pisania na blogu wp. zgubilo adres mojej bloga :((((( Z taka desperacja chcialam odzyskac wpis, ze w koncu go zgubilam. O nieeeee, na dzisiaj to tyle, bo juz sobie ulzylam ze swoimi zwierzeniami. Moze jutro najdzie mnie nowe natchnienie o ile przez noc przejdzie mi zlosc na portal wp.pl

Dla moich odwiedzajacych Przyjaciol nowe fotki w galeri o takim samym tytule jak wyzej.

Pozdrawiam i zapewniam, ze u mnie wszystko w porzadku ;)

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

"Jak milo byc w domu"

środa, 09 stycznia 2008 19:32

 

 

Wracam do blogoweg zycia... 

Z "malym" opoznieniem - krotka relacja.

                        Swieta, swieta i juz po.

Bylo milo, nawet bardzo... ale do domu wrocilam bardziej zmeczona niz przed wyjazdem ;( Chyba za wysoko postawilam sobie poprzeczke. Dwa tygodnie to zdecydowanie za malo czasu, aby odwiedzic wszystkich swoich najlepszych znajomych, nie wspominajac juz o rodzinie.

Po drodze do rodzinnego domu, po 13 godz jazdy dotarlismy w koncu do domu "Okruszkow Kasi" i bylo nam niezmiernie milo osobiscie poznac te zywotna gromadke i ich wspaniala Ciocie. Zalujemy, ze nie mielismy zbyt wiele czasu na blizsze poznanie, ale to z powodu poznej godziny wieczornej. Dzieci wyciagnelismy juz z lozek, (moje coreczki byly lekko zdziwine, ze o 19.30 inne dzieci juz maja cisze nocna, bo u mnie z dyscyplina troche na bakier ;) i pewnie ku malemu niezadowoleniu ich opiekunki przybiegly sie z nami przywitac. Dwunastka slodkich maluchow, w tym paru starszakow na pocieszenie, (bo swieta mialy spedzic w Osrodku) otrzymaly od nas paczuszki ze slodyczami i maskotki. Pozostale rzeczy "Ciocia Kasia" wg kazdego z nich potrzeb miala przekazac osobiscie. Dzieci byly bardzo szczesliwe i wdzieczne chociaz nie spodobal chyba im sie pomysl, ze z jedzeniem slodyczy mialy poczekac do rana. Podobno, rano poduszki kleily sie od slodkosci :)

Dzieci horem odpowiedzialy nam dziekujemy i do widzenia, a my dalej w droge.

Przed nami bylo kolejne 300 km i na miejscu u Mamy bylismy prawie przed polnoca kompletnie zmeczeni, a glownie tym, ze Krysztalek strasznie nie lubi podrozowac w swoim foteliku.

 

W wigilijny wieczor objadlam sie za wszystkie czasy... oj, czego to moja Mamunia nie naszykowala! Stol wigilijny az sie uginal od ciezaru ptraw i wszystko bylo wysmienicie smaczne. Prezenty, baaardzo udane i te dla obdarowanych i te otrzymane. A swoja droga... Nasze rodzinne prezenty powinny byc podlozone w gaiku, bo na taka ich ilosc jedna choinka to zdecydowanie za malo :)

I od dnia drugiego swiat poczawszy tak do ostatniego naszego wyjazdu czestowalismy sie kawa, ciastem, jakims trunkiem u kolejno odwiedzanych, dobrych znajomych. Mi osobiscie buzia sie nie zamykala a moj maz "siedzial jak na tureckim kazaniu". Z polskim w mowie ciagle kiepsko u Niego, ale okazal mi tyle swojej wyrozumialosci i cierpliwosci zarazem, ze nalezy mu sie order zaslugi ;) 

"Sylwester" spedzilismy u Siostry i Szwagra. Zaprosili do siebie na goscine swoja najblizsza, dosc liczna rodzinke, po tym jak swieta i ostatnie dni starego roku z napieciem wyczekiwali sygnalow. Ich Synek wziol sobie za nic przewidziany termin narodzin (24 grudzien) i postanowil noc sylwestrowa spedzic jeszcze w brzuszku mamusi. Dluzej czekac nie powinien i cale szczescie, ze i On to zrozumial. 3-ciego stycznia urodzil sie Nam sliczny, duuuuzy i zdrowy jak "rydz" chlopczyk - Kacperek.

I zas pod choinka w tym roku bedzie wiecej prezentow ;)

W powrotnej drodze do Belgii nasze autko mialo komplet pasarzerow. Na krotki "urlop wypoczynkowy" zabralismy ze soba moja Przyjaciolke i juz od pierwszego dnia Jej pobytu Nasze dni sa wypelnione po brzegi. Czym? napisze w nastepnym "odcinku". Oj kochani, tak wesolo w tym domu to juz dawno nie bylo. Nawet Bartunio usmiechal sie do mnie we snie :) A jutro mija 3 miesiace... ale nie bede sie smucic, bo moje Sloneczko rozswietla swoj blask w moim sercu, i od kad zaczelam sie bardziej interesowac tematyka "zycia po smierci" jest mi latwiej godzic sie z tesknota. Wspomienia ciagle sa bardzo bolesne, ale nie zbieram zbyt dlugo emocji w sobie, na szczesie mam z kim o tym rozmawiac.

Mialo byc krotko i jak zwykle nie bylo ;)

Pozdrawiam wszystkich moich odwiedzajacych i zycze wiele zdrowia i pomyslnosci w Nowym Roku a reszta... sama przyjdzie. 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (23) | dodaj komentarz

"Zyczenia"

wtorek, 18 grudnia 2007 18:58

 

Kochani,

Dlugo mnie nie bylo... nawet co Niektorzy zaczeli sie o mnie martwic, dziekuje ale nie ma powodow.

U mnie wszystko - chcialam napisac po staremu, ale nie... bo jest lepiej. Przedswiateczne

przygotowania pochlonely mnie do reszty. Ale od poczatku...

Dzien 11 grudnia ( w dwa miesiace po odejsciu Bartunia) znioslam dobrze... i to dzieki Wam po czesci. Choc kazdy dzien bez mojego Skarba jest smutny, to jednak "ta data" i "ta godzina" przynosza jeszcze bardziej intensywne wspomnienia. Zaczynam zyc normalnym zyciem a im wiecej obowiazkow to tym lepiej dla mnie. Ktos by powiedzial o mnie - "nieczula... szybko przeszla ze smiercia Syna do porzadku dziennego". Kochani od tego czasu przeczytalam pare bardzo ciekawych lektor i znalazlam w nich odpowiedzi na swoje pytania.

Tesknie ogroooomnie, tego nie da sie przeskoczyc, ale juz wiem, ze smierc Bartusia miala ku czemus sie przyczynic. Byc moze juz nawet wiem, ku czemu. Tak juz ten swiat jest stworzony, ze jedni musza umrzec aby inni mogli sie narodzic. (W mojej rodzinie w tym i nowym roku wielki urodzaj na maluszki.) Nie pytam Boga "dlaczego moje dziecko?" Kochani, a dlaczego mialo by byc to Wasze? Wszystkie dzieci sa rowne i wszystkie dzieci sa "nasze". Ktos madry powiedzial "Spieszmy sie kochac ludzi bo tak szybko odchodza". 

Wiecie co... pomyslalam sobie, ze jest tyle dzieci, ktorym mozna by w jakis sposob pomoc, np w Domach Dziecka. Tam zawsze potrzeby sa wieksze od mozliwosci.  Zachecam serdecznie... rozejrzyjcie sie dookola. 

Nawet nie macie pojecia jak sie ciesze, ze jedziemy dzis do Polski, ale najbardziej sie ciesze z tego, ze po drodze odwiedzimy taki Dom Dziecka. Mam nadzieje, ze nasze podarki przysporza usmiech na twarzach "Okruszkow" Kasi.

Przy okazji goraco polecam strone Wyjatkowej Osoby - wolontariuszki Kasi 

 www.mojeobcedzieci.bloog.pl

Na zakonczenie dla wszystkich moich serdecznych znajomych i nieznajomych odwiedzajacych mojego bloga sle z serca plynace zyczenia.

 

Wesolych Swiat 

Swiat bialych... jak skrzydla Aniola,

spedzonych z rodzina wokol wigilijnego stola,

wsrod dzwiekow koledy swiatecznej,

zdrowia, szczescia, milosci odwiecznej,

nadziei co sile do zycia daje,

wiary co nigdy nie ustaje,

usmiechu co codzien na ustach gosci

i wiele jeszcze w Nowym 2008 Roku innych serdecznosci.

Te zyczenia choc skromnie przeze mnie ulozone

sa wlasnie dla Was Kochani przeznaczone.

 

Pozdrawiam w swiatecznym nastroju i dziekuje za odwiedziny, swiatelka dla Bartunia i slowa wsparcia.

A teraz zyczcie mi "powodzenia", bo pakowania jeszcze wiele a i w drodze napewno sie przyda.

 

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (21) | dodaj komentarz

"Swiatelko do Nieba"

niedziela, 09 grudnia 2007 19:30

 

Kochani, moi odwiedzajacy...

 

Statystycznie jest Was coraz wiecej na moim blogu :) i chociaz wg pierwotnego zalozenia pisze sama dla siebie..., to jednak milo jest pod kolejnym wpisem przeczytac jakis tym bardziej mily komentarz.

Dziekuje moim stalym, niezawodnym "komentatorkom" a przy okazji prosze wszystkich Starych i Nowych cichych "podgladaczy" o zostawienie najmniejszego sladu.

 11 grudnia minie dwa miesiace od dnia, w ktorym moj Synek powiekszyl grono Aniolkow... niech to bedzie dla Was prowokacja wirtualnego zapalenia swiatelka ku pamieci dla Bartunia w "Ksiedze gosci".

 

 

 

 

Dziekuje...

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (25) | dodaj komentarz

"Tesknie tak, za Toba"

piątek, 07 grudnia 2007 14:09

 

Wiesz Synku...

Wczoraj w naszym domku byl Mikolaj, a wlasciwie Zwart Pit - (Dla niewtajemniczonych, tu w Belgii Sw Mikolaj do dzieci przybywa z Hiszpani razem z tysiacem ciemnoskorych pomocnikow). Buciki Twoich siostrzyczek juz od trzech dni wyczekiwaly na przeciwko drzwi z marchewkami w srodku. Angelika co dzien zagladala do bucikow i sfrustrowana wolala  "Mamo, kiedy on do nas przyjdzie? Przeciez w domu u innych dzieci z mojej klasy juz dawno byl!"

I wiesz... Dzien wczesniej Pani poprosila dzieci, aby zabraly do szkoly jednego bucika i marchewke i Angelika zabrala w koncu tego bucika z domu, ktory tak cierpliwie czekal na "wkladke".  "Wiesz mamo" tak mi potem mowi twoja Siostra "Ja sie troche wstydzilam, bo ta moja marchewka to byla juz tak czarna i chyba nie bedzie smakowac juz Pitowi" :)

Chyba nie jest wybredny... Wrocila do domu z "lakociami".

Az w koncu przyszedl i do nas, ku wielkiej radosci dziewczynek, ale Twoich bucikow nie zastal... Podobno osobiscie dostales od Niego prezent, bo przeciez ze Swietym przebywasz na codzien.

Zamiast slodyczy, kupilam na Twoj grob kwiatek w doniczce z Mikolajem i czerwona latarenke aby palic w niej swiatelko dla Ciebie.

Tak chcialabym umiec cieszyc sie Twoja Swietoscia... Przepraszam Synku, jeszcze nie umiem.

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

"O smierci inaczej..."

wtorek, 04 grudnia 2007 0:22

Kochani,

Od wczoraj siedze przed komputerem jak zahipnotyzowana... 

Przeczytajcie sami!

  

Sebastian Minor
Pupu w krainie życia po śmierci

Warszawa 2005

z dedykacją dla Richarda Bacha
autora Mewy...


…Pupu w języku hawajskim oznacza muszlę oraz harmonię i bycie w pełni.

W malutkiej wiosce niedaleko Luksoru żył sobie chłopiec. Na imię mu było Pupu.
Nie chciał bawić się z innymi dziećmi, nie lubił szkoły i chodził stale smutny. Od śmierci matki minęło już 5 lat, a on wciąż rozmyślał, dlaczego tak właśnie się stało. Promykiem nadziei był dla niego tylko brat Abu, który urodził się, gdy mama umarła.
Abu, gdyby tylko mógł, ani na chwilę nie opuszczałby Pupu. Chodził za nim krok w krok, bez słowa, z tajemniczym uśmiechem na ustach. Jak milcząca miłość ducha matki – zawsze był obecny. Nigdy nie skarżył się na nic, nigdy też nie płakał. Ściskał swoją małą rączką palec kochanego brata i patrzył ufnymi, czarnymi oczami w głębię jego duszy, jakby wiedział, co miało się stać już niedługo...


Pewnej niedzieli Pupu jak zwykle pomagał ojcu na budowie u bogatego kupca. Robota była ciężka a zapłata mizerna, lecz chociaż Pupu był jeszcze małym chłopcem, musiał już pracować, by nie umrzeć z głodu - tak powiadał tata. Pupu nie wiedział, czy śmierć z głodu jest gorsza niż śmierć od upału, jaki panował w pracy, ale wolał nie pytać, tylko cicho zanosił cegły na miejsce budowy.
Nagle z góry ktoś krzyknął: - Uwaga! Ze słabego rusztowania posypały się belki, przykrywając wątłe ciało Pupu.

* * *

Niebo zrobiło się jasne, powietrze rześkie i przejrzyste – nie czuło się upału, zmęczenia ani potu. Wszystko wokół stało się jakby wyraźniejsze i jaśniejsze, mimo że był to przecież środek dnia!
Pupu poczuł lekkość i błogi spokój. „Poczuł” to nieodpowiednie słowo. On BYŁ tym spokojem! Unosił się nad kupą gruzu oraz gromadą ludzi pokrzykujących nerwowo i odsłaniających leżącego pod belkami rusztowania chłopca. Obserwował znieruchomiałą twarz ojca, który kurczowo zaciskał palce i nie mógł poruszyć się z przerażenia. Przez głowę mężczyzny stojącego nad ciałem dziecka przepływały myśli pełne winy za to, co się stało.
Pupu chciał ojca pocieszyć, przytulić, potrzymać za rękę, ale nie był w stanie, gdyż ten nie zwracał na niego najmniejszej uwagi, tak jakby syna w ogóle nie było! Pupu nie wiedział już, co ma robić, gdy nagle obok niego zalśniło przedziwne, czyste światło, dużo jaśniejsze od słońca, a jednak nie rażące w oczy.
Chłopiec miał wrażenie, że to światło jest kimś, nie czymś. W jego głowie natychmiast zadźwięczała myśl: Nie lękaj się. Przyszedłem po ciebie, aby cię zaprowadzić do domu. Do twojego prawdziwego DOMU!
Pupu unosił się w tym dziwnym blasku. Miał wrażenie, że podróżuje przez długi tunel, który utworzył się we wnętrzu tego światła, przypominającego teraz tubę łączącą dwa światy: ziemski i ten, który miał właśnie poznać.

* * *

Zawsze podejrzewał, że Raj jest cudownym miejscem, ale nie umiał wyobrazić sobie takiego piękna, jakie ukazało się jego oczom po dotarciu do celu. Był pewien, że jego matka trafiła do Nieba, bo była dobrą kobietą – zawsze dbała o niego najlepiej, jak potrafiła, mimo wszelkich trudności często przynosiła mu jakieś smakołyki i cieszyła się każdą jego radością.
- Dlaczego pomyślałem akurat o mamie? – zastanawiał się Pupu. Wtem zobaczył przed sobą jej białą postać, która otworzyła szeroko ramiona w geście powitania.
- Jestem tu, to naprawdę ja – powtarzała tulącemu się do niej chłopcu, a on wciąż nie mógł uwierzyć, że to, co dziś mu się przytrafiło, jest prawdą. Matka, jakby czytając w jego myślach, powiedziała: - Wiem, co czujesz. Sama przez to przeszłam, ale będziesz jeszcze bardziej zaskoczony tym, co cię tu spotka... No, chodź – dodała, uśmiechając się tajemniczo...

Ciag dalszy znajdziecie tutaj;

 http://www.oum.fora.pl/przekazy-duchowe,15/pupu-w-krainie-zycia-po-smierci-sebastian-minor,69.html

Ale to czego bezskutecznie poszukiwalam od wielu tygodni, czyli "balsamu" na moje wszystkie smutki... znalazlam tu;

http://www.oum.fora.pl/zycie-nie-umiera,2/w-objeciach-jasnosci-ksiazka-betty-j-eadie,32.html

I dzis po raz pierwszy od wielu tygodni klade sie spac po prostu bardzo szczesliwa.

Pozdrawiam goraco.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

"Aniolek w przykrotkiej sukience"

wtorek, 27 listopada 2007 22:09

Ogolnie dobrze... dni do dni podobne, licze je, z niecierpliwoscia Swiat wyczekuje.

Jak zwykle spedzimy Swieta i Nowy Rok w Polsce, choc zeszloroczne ze wzgledu na Bartunia spedzalismy w Belgii. Ciesze sie na sama mysl dlugiej wizyty u Rodzicow i odwiedzin u Znajomych choc cos mnie martwi... Zdaje sobie sprawe, ze nie raz bede musiala poruszyc temat choroby i smierci Bartunia i choc ogolnie nie mam oporow, moge opowiadac o tym ze "stonowanym" wzruszeniem, czasem nawet doznaje ulgi ale...w trakcie odswiezam przykre wspomnienia, ktore znow klebia se w glowie, zanim je od nowa nie poukladam. A swoja droga to dziwne... w jak odmiennym nastroju potrafie budzic sie kazdego ranka. Jednego dnia nie opuszcza mnie depresja, zal, tesknota, smutek juz od wczesnych godzin rannych a kolejnego, caly dzien dopisuje mi dobry humor. Jednego dnia smieje sie do slicznej twarzyczki w ramce, ktora patrzy na nas z honorowego miejsca w pokoju a innego przytulam to zdjecie i zalewam lzami... Czasem tak tesknie, ze z tesknoty chcialabym juz dzic umrzec a innego razu jestem szczesliwa chociaz z tego, ze Synus juz nie cierpi.

Wczoraj slicznie mi sie przysnil; jak lekko, radosnie poruszal sie, tak jak by tanczyl... w swojej mocno przykrotkiej "komzy komunijnej". Zlapalam Go wtedy w pol, posadzilam sobie na kolanach i tak mowie; " Choc tu do mnie moj Synku to tak Cie mocno wysciskam i wycaluje za wszystkie czasy..." i On choc siedzial na moich kolanach tylem i nie widzialam Jego twarzy to slyszalam Jego zadowolenie i smiech.

Rano obudzilam sie taka szczesliwa i do konca dnia nie opuszczal mnie dobry humor i dobra passa. Dlaczego przysnil mi sie w stroju komunijnym? Dlatego, ze Go w takiej komzy pochowalam... Umarl tek nagle, na przekor mojej nadzieji i moze to wyda sie dziwne, ale nigdy nie bralam takiej ewentualnosci pod uwage. Nawet wtedy... gdy lezal tak cicho konajacy nie wiedzialm, ze umiera. Kiedy to sie stalo zupelnie nie wiedzialam w co mam Go ubrac a musialam szybko postanowic. Przyjaciolka powiedziala, ze to dobry pomysl kiedy poszlysmy razem przejzec jego ubrania w szafie... postanowilam ubrac Go na spotkanie z Jezusem w taki sam stroj w jakim przyjal Go do swojego serca. To prawda, ze potem jak opadly troche emocje zastanawialam sie czy dobrze zrobilam, ta komza rzeczywiscie dwa lata wisiala w szfie i moglabyc juz troche zamala, czego jednak nie bylo widac.

Moze w tym snie dostalam odpowiedz na moje utrapienia; ze moj Synus nawet w za krotkiej "sukience" czuje sie szczesliwy.

Chcialabym co noc miewac takie sny...

 

Wspomne jeszcze o coruniach, uprzedzam, ze temat bedzie "chorobowy".

 6-ciolatka zlapala grype, od dzisiaj nie poszla do szkoly i az mi dziwnie jak patrze na to zywiolowe dzieciatko, ktore nic tylko poleguje sobie na sofie przed telewizorem, takiej bez "zycia" dawno jej nie widzialam... dzieki Bogu, ze chociaz ona cieszy mnie tak dobrym zdrowiem, a grypa? Jeszcze dwa dni i przejdzie! Jednak ucieszyla Ja nasza wczorajsza wieczorna intencja modlitewna, bo jak co wieczor juz od dlugiego czasu (jeszcze z Bartuniem) modlimy sie na rozancu i sa to dosc dlugie modlitwy, a zeby dzieci mialy i w tym jaks przyjemnosc, mogly wybierac sobie same modlitwy i intencje. Do smierci Bartunia prosilismy zawsze o to samo; o zdrowie dla Niego ale wczoraj wlasnie pierwszy raz od jakiegos czasu Angelika czula sie zle wiec z usmiechem na twarzy przyjela moja prosbe intencji.

To tak jakby chciala powiedziec; "No wreszcie doczekalam sie wszystkich zaszczytow ktore dostawal moj Braciszek"... Bo choc nigy nie dawala mi tego poznac, ze ona rowniez cierpi wraz z chorym Bratem (a zazdrosc to przeciez tez cierpienie) to jednak teraz zbieram "tego owoce".

Co do Krysztalka - na szczescie choroba zarzegnana. Choc na jednej wizycie u lekarza domowego sie nie skonczylo (tradycyjnie). Po dwoch dniach od pierwszej wizyty, pomimo podawania antybiotyku (lekkie zapalenie ucha) nadal goraczkowala... na trzeci dzien zaliczylsmy kolejna wizyte. Pani dr zna juz doskonale nasze "rodzinne" skomplikowane choroby i dala skierowanie do szpitala na wszelakie badania bo jako sie okazalo, ze po zapaleniu uszka nie ma sladu, natomiast wezel chlonny byl bardzo powiekszony i nadal wysoka goraczka.

Badania, lacznie z rng klatki piersiowej, usg wezelka, wymaz z gardla, morfologia, badanie moczu... wszystko OK, poza potwierdzeniem morfologicznym, ze jest dosc powazny stan zapalny a organizm walczy z infekcja (podwyzszona liczba bialych krwinek)... chcieli zatrzymac nas w szpitalu ale maz kategorycznie sie nie zgodzil... Bo i racja, jesli nie wiedza co jest, to i w domu moglismy poczekac az sie cos wyklaruje lub nie... zwlaszcza, ze Pediatra szpitalny przepisala silniejszy antybiotyk. Po dwoch dniach nie miolo prawa byc goraczki i.... nie bylo, uuuuffff, odetknelismy z ulga, bo juz czarno mialam przed oczami. I tak zlecialo 7 dni na noszeniu Krysztalka na rekach , zbijaniu temperatury a pomiedzy tym toczeniu istnej wojny o przyjecie kolejnej dawki antybiotyku...

Aleeeee sie rozpisalam! Ale jeszcze jedna fotka i zycze cierpliwosci, bo to moj ulubiony temat.

Bartunio.... w Swojej slicznej "sukience"!

 

A swoja droga juz tu, Bartus cierpial na "tajemnicze" bole kosci a dzien po Komunii trafil do szpitala z silnym bolem brzucha, ktory zle zinterpretowano. 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (16) | dodaj komentarz

"Ale to juz bylo..."

poniedziałek, 19 listopada 2007 18:16
I znowu moje zycie wrocilo do porzadku dziennego... Zapewne wszyscy juz do tego przywykli, ze na tym blogu najwiecej miejsca poswiecam "chorobie".
Zaczelo sie od niewinnego kichania potem kataru, ktory u tak malego dziecka jest dosc uciazliwy - bo mowa tu o Krysztalku, az skonczylo sie na goraczce i zapaleniu uszka. Temat zupelnie nam znany, bo to nie pierwszy raz problemy z tym uszkiem i chyba wybiore sie z nia w najblizszym czasie do laryngologa, na porzadna konsultacje. Puki co antybiotyk 4 razy na dzien i przeciwbolowe... Ojj, biedne to nasze malenstwo, choc przypomina mi sie jak moja mama mowila o moim dziecinstwie. Tez wiele nocy nie przespala z powodu moich uszek ;(  wiec moze te dolegliwosc tez sie dziedziczy?
Jednym slowem wracam do starych klimatow...


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (10) | dodaj komentarz

"Tesknota"

piątek, 16 listopada 2007 20:46
Bardzo tesknie za moim Skarbem... dziewczynki rowniez. Kazda na swoj sposob...
Angelika, czesto na glos powtarza jak bardzo Go kocha, ze tak teskni za Nim, ale mowi to z usmiechem na ustach, bez cienia smutku... tak jakby nie zdawala sobie sprawy z powagi sytuacji.
Kiedys, bylysmy razem u Bartusia... uporzadkowac kwiaty, zapalic znicze i slysze od niej takie pytanie; "Mamo, czy to prawda, ze teraz ja jestem najstarsza?" -Tak, odpowiadam, a ona; " To teraz mnie najbardziej kochasz? - uslyszalam w odpowiedzi. Oczywiscie, zaczelam jej tlumaczyc po raz ktorys z kolei, ze to nie tak, ze Bartus wymagal w tamtym czasie najwiecej mojej uwagi... i tak dalej...
Dzieciecy tok myslenia?... byc moze choc nie do konca. Ciesze sie, ze porozmawialysmy o tym... wyciagam konsekwencje.

Kristel swoje uczucia przelewa na zdjecia Bartusia, o ktore ciagle prosi aby z nia ogladac. Co najdziwniejsze, dla niej Bati to nie ten chlopiec z wlosami, ale ten z lysa glowka... takiego znala go przeciez najwiecej. W naszej sypialni stoi jedno takie male zdjecie jej Braciszka. Pierwszego dnia po "odejsciu" Bartunia, kiedy kazdego wieczora zbieralismy sie na modlitwie, nie pozwolila abym nalozyla na zdjecie czarna wstazeczke. Plakala i zrywala ja od nowa jak tylko chcialam nalozyc ja spowrotem, wolajac; "A£A" co znaczy, ze wg niej sprawia to bol Bartusiowi ;(
Ostatnio wieczorem ukladajac sie do snu, zlapala zdjecie Braciszka i najpierw sama czule wycalowala a potem podawala mi i mezowi na przemian abysmy rowniez zlozyli pocalunki. Do tego z reszta zdazylam sie przyzwyczaic, ale to co zrobila za chwile... Mocno przytulala owa fotografie i ukladala obok siebie w lozku przykrywajac koldra..."BATI SPI"





Spojrzcie w oczy Bartunia... slowa sa tu zbedne.




Podziel się
oceń
0
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


sobota, 10 grudnia 2016

Licznik odwiedzin:  102 111  

To, czego sie tu mozesz spodziewac

Zmagania z codziennoscia zycia na obczyznie, z choroba Syna... z pustka, tesknota i zalem po Jego odejsciu i samej ze soba, z optymistycznym jednak watkiem w tle.

Pobierz Flash Player aby móc otworzyć odtwarzacz muzyki.

Statystycznie rzecz ujmujac

Odwiedziny: 102111
Wpisy
  • liczba: 101
  • komentarze: 750
Galerie
  • liczba zdjęć: 29
Bloog istnieje od: 3597 dni

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Jak uwazasz?






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to